Bracia zaś, którzy udają [się do niewiernych niech] nie wdają się w kłótnie ani spory, lecz winni być poddanymi "wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga" (1 P 2, 13) i przyznawać się do wiary chrześcijańskiej.

11 września 2017, Bimbo, RCA
11 września 2017, Bimbo, RCA
Data: 2017-09-11

Tak, wróciłem. Znów jestem w domu i czuję się (tu) fantastycznie. Po długiej, męczącej, afrykańskiej podróży niezwykłą radością jest „zawinąć do portu”. Zanim jednak opowiem jak to wszystko przebiegało, uważam, że warto wspomnieć o dwóch wydarzeniach – radosnym i smutnym – poprzedzających moją podróż.

 

Pośród ostatnich dni przed wyjazdem do Kongo, Rodzina Franciszkańska na całym świecie świętowała i wychwalała Maryję z Porcjunkulii, Matkę Bożą Anielską. Była to dla nas wyjątkowa sposobność do rozradowania się franciszkańską obecnością w RCA, gdyż siostry franciszkanki z Zemio przebywały w tych dniach w Bangui. Wedle tradycji dzień ten świętuje się w Bangui wraz z tercjarzami. Niestety tym razem, organizacja święta ze strony Trzeciego Zakonu zakończyła się klapą. Zorientowali się za późno i trudno było cokolwiek naprędce organizować. Bracia Kapucyni, nie będąc poinformowani o zamiarach tercjarzy, zaplanowali Eucharystię na godzinę 17.00, co okazało się godziną zbyt późną dla braci  i sióstr z Trzeciego Zakonu. Toteż przybyła jedynie garstka. Nasza braterska wspólnota zdecydowała się na uczestnictwo w tej Eucharystii. Toteż z braćmi i siostrami franciszkanami (oraz siostrami dominikankami tak bardzo z nami związanymi) udaliśmy się do naszych sąsiadów, po czym z radością zaprosiliśmy ich na dalsze świętowanie w naszych progach. Wydarzenie było o tyle ciekawe, że od pradawnych czasów sąsiadujące ze sobą wspólnoty kapucynów i franciszkanów w Bimbo nie przejawiały większych wyrazów przyjaźni. Relacja jest podtrzymywana życzliwością i sympatią ale „bez chemii”. Dlatego to spotkanie „pod okiem Maryi” dało nam tak wiele satysfakcji i nadziei na lepsze czasy kapucyńsko-franciszkańskich relacji w Bimbo.

 

Tak jak wspomniałem już nie raz, ostatnie dni przed podróżą były bardzo napięte – zakupy, ostatnie dokumenty, szczepionki… Wiele czasu spędzaliśmy poza domem. Przypałętał nam się zatem mały wypadek. Wyjeżdżaliśmy właśnie z Hieronimem i dwoma siostrami z Prokury Diecezjalnej przy katedrze, by wraz z jednym z pracowników tejże Prokury udać się do biura w centrum miasta, celem zaaranżowania karty pobytowej dla Hieronima. Przejeżdżaliśmy powoli jedną z bocznych, ale asfaltowych ulic, gdy nagle, niespodziewanie i z wielkim hukiem spadł na naszą przednią szybę sporych rozmiarów konar jednego z przyulicznych drzew. Szyba popękała ale się nie rozsypała. Zatrzymałem samochód. Wysiedliśmy i wtem naszym oczom objawiła się afrykańska rzeczywistość. Oto na kilkunastometrowym drzewie siedział Afrykańczyk z maczetą i ścinał konary. Przy drodze stała grupka osób, która usuwała spadające na ulice konary. Prace drogowe. Dla jasności dodam, że nikt nie kontrolował ruchu samochodowego, nie było żadnej bariery ani nawet tablicy informującej. Okazało się, że to Urząd Miasta najął pracowników do wycinki drzew. Zgłosiliśmy problem. Obiecano nam pomoc. Udaliśmy się następnie do salonu Toyoty, by wystawili nam kosztorys. Trwało to kilka dni. Mieli to zrobić do 24 h. Byłem tam po 36h i jeszcze nie było gotowe. Wychodząc z biura moim oczom ukazała się tabliczka na drzwiach „Directeur”. Zatrzymałem się. Zrobiłem szybką analizę faktów. Zapukałem i wszedłem. W środku zastałem Białego, Francuza. Wyjaśniłem sprawę. Cóż… Biały na moich oczach przywołał do porządku czarnoskórego pracownika biura Toyoty i otrzymałem kosztorys w przeciągu 10 min. Analiza rzeczywistości wciąż prowadzi nas do tych samych wniosków… Przykre. Z wyceną udałem się do Urzędu Miasta. Tam zrobiono kopię i przekazano burmistrzowi. Ten miał wydać zgodę i poinformować skarbnika. Skarbnik miał wystawić zaświadczenie i przelać pieniądze bezpośrednio do salony Toyoty. Finał? Po trzydziestu ośmiu dniach nasz samochód wciąż stoi w garażu ze strzaskaną szybą. Ale sprawy oczywiście posuwają się do przodu. Podczas mojej nieobecności sprawę monitorowali Hieronim z Remo. Ciągle czegoś brakowało. Wedle zapewnień biurokratów, teraz już, w tym tygodniu auto będzie można odstawić do warsztatu.

 

Gdy emocje ochłonęły mogliśmy nieco przemyśleć samo zdarzenie. Zaprawdę przedziwne. Jeden konar drzewa, ścinany przez jednego człowieka spada z wysokości ok 10m na jedno auto. Nie spada na maskę ani na odkryty bagażnik, ale prosto na szybę. Droga którą obraliśmy nie była najkrótszą. Pracownik Prokury proponował inną ale chcieliśmy podrzucić siostry do centrum miasta. Jechaliśmy powoli choć mogliśmy swobodnie przyśpieszyć… Cóż, to drzewo musiało na nas spaść ; )

 

W końcu jednak przyszedł dzień wyjazdu. Nie powiem, że jakoś wyczekiwany, bo z racji na wszelkie przygotowania i trudności nabrałem niesmaku. Wyruszaliśmy z domu 14 sierpnia. Tego dnia podczas Eucharystii, o. Barthelemy głosił Słowo. Ewangelia mówiła o podatku który Jezus uiścił, choć nie był do niego zobowiązany. Żeby jednak uniknąć skandalu, zapłacił. Ojciec odniósł to wydarzenie do naszej podróży i podsumował, że „trzeba dać”. Tak, cała podróż to jedno wielkie wołanie o pieniądze, które każdy chciał od nas wyciągnąć. Ledwo dojechaliśmy do rzeki, gdzie podbito nam pieczątki na granicy, trzeba nam było płacić. Po przeprawieniu się przez rzekę, przy kontroli dokumentów – trzeba nam było płacić… i tak do końca podróży. Każda kontrola, każda zmiana środka transportu, każda usługa i przysługa miała swoją cenę. I trzeba było dać. Afryka centralna – a przynajmniej RCA, Kongo Demokratyczne (RDC) i Kongo-Brazzaville (RC) to kraje zanurzone w korupcji. Jest to doświadczenie przykre, męczące, irytujące i w końcu wprawiające w furię.

 

Z Bangui pirogą przedostaliśmy się na drugi brzeg rzeki Ubangui, do Zongo w RDC. Stamtąd trzeba nam było wziąć busa, które planowo wyruszają o 10h00. My jednak opuściliśmy Zongo o godzinie 16h00. Trzeba było poczekać na klientów, by bus zapełnił się po brzegi. Ruszyliśmy szutrową drogą aż do Gemeny, 252 km, które pokonaliśmy w przeciągu pięciu godzin. Podróż nie była najgorsza gdyby nie prędkość z jaką poruszał się nasz bus. Owszem, momentami trzeba nam było zwolnić, ale gdy tylko pojawiała się okazja, szofer przyspieszał do 80/100 km/h. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie:  1) noc i brak ulicznych świateł; 2) przyczepione do drogi wioski i ludzie którzy się tam przemieszczali 3) kozy, barany, kury … i świnie, które tarasowały drogę. Potrąciliśmy tylko jedną małą świnię. Nie wiem czy to chwalebny czy haniebny wynik. W Gemenie zjawiliśmy się ok 21h00. Czekały na nas siostry „Fille de Jésus crucifié” z kolacją i gotowymi pokojami. U sióstr spędziliśmy trochę czasu czekając na piątkowy lot. Spaliśmy wygodnie, jedliśmy sowicie, zapłaciliśmy słono. We wtorek obudziłem się bardzo słaby. Przypuszczałem, że to efekt podróży i obciążenia z ostatnich dni. Ale słabość się utrzymywała. Nie brałem pod uwagę, że może to być malaria. Wyleczyłem ją przed dwoma tygodniami i specjalnie po leczeniu zrobiłem kolejne badania, które potwierdziły sukces kuracji. W końcu przyszedł dzień dalszej podróży i nieco zapomniałem o zdrowotnych problemach. Na lotnisku podobne problemy jak przy kontroli dokumentów w Zongo. Za to lot nieco mi zrekompensował psychiczne obciążenia. Oto gdy wchodziłem na pokład samolotu powitała mnie biała twarz pilota, który okazał się Polakiem. Pan Mirosław Zalewski, „Fleet Manager w Congo Airways”. Żyje w Republice Południowej Afryki, pracuje w Kongo, Polskę opuścił przed blisko trzydziestu laty. Zaprosił mnie do klasy biznes, gdzie skorzystałem z dobrego posiłku. W czasie lotu podszedł na kilkanaście minut, by zamienić słowo. Wychodząc jednak z samolotu wróciłem do Afryki. Choć nieco innej. Lotnisko w Kinshasie robi wrażenie – o ile człowiek nie zapomni, że jest w Afryce. Cóż tu dużo mówić, po prostu jest „normalne”, tyle że wykąpane w korupcji :P Ładne budynki, logiczne rozwiązania, zelektronizowane… Na terenie lotniska przyszło nam poczekać jakieś 2h oczekując brata Fidela, który utknął w korku w centrum miasta. Uwierzyłem mu na słowo a później skonfrontowałem z rzeczywistością – zaprawdę można było. Ulice choć trzy i czteropasmowe, to jednak tak zapchane i pogrążone w chaosie iż trudno się przebić. Mało tu respektu wobec reguł drogowych. Najlepszym tego świadectwem jest obecność policji uzbrojonej w karabiny, która koordynuje, albo raczej usiłuje koordynować ruch drogowy. Jeden wielki bajzel. Kinshasa przeraża swoim ogromem, brudem, przestępczością wymalowaną na twarzach… Odpycha. Piszę o tym co widziałem i może zbytnio uogólniam. Nie mam jednak alternatywnych doświadczeń dla tego miejsca.

 

Dom braci mnie zaskoczył. Znajduje się poza centrum miasta, ale jednak z racji na rozmiary Kinshasy, to jest to wciąż zapyziałe centrum. Przy drodze widnieje brama z napisem OFM. Trudno ją jednak zauważyć. Za nią parcela z odrobiną przestrzeni, zieleni i względnego spokoju. Trudno jednak o ciszę. Z klasztorem sąsiadują trzy kościoły protestanckie (w nurcie charyzmatycznym). Spędziliśmy w Kinshasie kilkanaście godzin (ok 16h00 dotarliśmy do klasztoru a następnego dnia ok 7h30 wyruszyliśmy dalej). Przez cały ten czas ktoś śpiewał, modlił się krzycząc, głosił słowo drąc się do mikrofonu… Przykre doświadczenie. Zakonny dom jest przytłoczony tym co dzieje się dookoła. Nieco nad tym rozmyślałem. Mimo totalnego braku komfortu i praktycznie niemożności skupienia się na modlitwie, obecność braci w tym miejscu wpisuje się we franciszkański charyzmat. Są na marginesie. W dziurze. W samym środku ciemnego, pogrążonego miasta. Jak promyk nadziei. Trudna misja.

 

Gościnną wspólnotę braci w Kinshasie opuściliśmy w sobotni poranek. Udaliśmy się nad brzeg rzeki Kongo, by dotrzeć do Brazzaville, stolicy Republiki Kongo. Pomijając, że sama przeprawa przez rzekę motorówką kosztowała nas już sporo, na drugiej stronie trzeba nam było dorzucić kolejne kilkanaście dolarów, by wydostać się spod kurateli urzędników. Na miejscu wyratował nas pewien chłopak, który znając franciszkanów w Brazza i widząc mój habit wyszedł nam z pomocną ręką. Żaden współbrat niestety nie mógł przyjechać, by nas odebrać, ponieważ uczestniczyli oni w święceniach dwóch braci na diakonów. Toteż wraz z naszym dobrodziejem dotarliśmy na uroczystości. Jednak zaraz po Mszy pojechaliśmy do klasztoru na posiłek w gronie braci. Goście z diakonami świętowali gdzie indziej. Po obiedzie wraz z fr. Blaise, który towarzyszył mi praktycznie przez cały mój pobyt w Brazza, wyruszyliśmy w godziną podróż do Makabandilou, gdzie mieści się nowicjat i gdzie miałem spędzić kilka pierwszych dni.

 

W Brazza spotkałem naszych braci – Marcela, Dominika i Thibaut. Piękna radość ze spotkania. Także nasi postulanci, którym towarzyszyłem przez całą podróż nie kryli radości z odnalezienia „swoich”. Brazzaville zmusiła mnie do otwarcia ust z podziwu dla tego co można osiągnąć w Afryce. Piękne centrum miasta, wysokie ekskluzywne budynki, biura, bloki mieszkalne, chodniki, drogi… Także droga szybkiego ruchu wychodząca z Brazza w kierunku północnym robi spore wrażenie. Nie starsza niż pięć lat dwupasmowa szosa na wiaduktach wznoszących drogę ponad pola zalewane w porze deszczowej rzeką Kongo, która niewyobrażalnie powiększa swoją szerokość (w Kongo panuje teraz pora sucha, toć to druga strona półkuli ziemskiej).

 

Makabandilou to miejscowość przy  nowej dzielnicy Brazza… trudno nadać granicę stolicy. Nowe „miasto” ma ok 5 lat, widać nowe budynki, mnóstw z nich jest w trakcie budowy. Na wzgórzu usytuowane jest sporych rozmiarów miasteczko akademickie, z pięknymi białymi, kilkupiętrowymi blokami. Tutaj też znajduje się duży stadion piłkarki. Większość budynków użytku społecznego to dzieło Chińczyków. Inwestują w Afryce Centralnej na wielką skalę.

 

W życiu braci uderza braterstwo i wzajemne zaufanie. Młodzi zostają obarczeni sporą odpowiedzialnością za dom, choć nie są jeszcze profesami wieczystymi. Zarządzają kuchnią, magazynami, wypłacają pracowników. Z jednej strony to buduje, z drugiej, brak tu pewnej zależności od drugiego (mam klucze do wszystkiego więc nikogo nie muszę o nic prosić). I wychodzi to w formacji naszych młodych braci, gdy wracają po nowicjacie do RCA – z trudem przychodzi im prosić o to co potrzebują, nie mówiąc już o tym co nie jest konieczne do życia… Jest jakiś opór. Patrząc generalnie – dobrze że mają takie doświadczenie w Brazza; a że jest ono inne od tego w RCA to tylko ubogaca formujących się.

 

Dni w nowicjacie upłynęły mi bardzo błogo. W niedzielę pojechaliśmy rano na Mszę do wioski (w języku „lingala”) a popołudniu do miasta, by świętować wraz z braćmi w scholastyce (dom naszych braci, którzy studiują) święcenia diakonatu. Później już jednak zasadniczo siedzieliśmy na miejscu – nie licząc wyjazdów do sióstr z posługą sakramentalną. To był dobry czas, by nico pooddychać atmosferą tego domu i poznać zwyczaje. Była też okazja by porozmawiać z fr. Blasie o formacji, bo to on jest magistrem nowicjatu. Rozmowa z nim oraz z fr. Kevin, prezydentem Fundacji Braci Mniejszych w RC pozwoliła mi odkryć życie naszych współbraci. Kevien jest Kongijczykiem, podobnie jak Blasie. Studiował we Włoszech psychologię. Dziś wykłada w trzech różnych miejscach a jednocześnie zarządza Fundacją i ma pieczę nad braćmi studentami, będąc zasadniczo jedynym kapłanem w tym domu. To bardzo prosty i życzliwy człowiek. Para się każdą pracą i to ujmuje. Taka postawa pozwala mu też na pewien radykalizm w formacji.  Nie boi się odsyłać kandydatów do domu, gdy widzi pewien brak pokory i gotowości do podjęcia się najprostszych prac domowych. Jak to sam stwierdził „On ne peut pas blaguer avec la vie franciscaine” (nie można sobie żartować z życia franciszkańskiego). Fundacja w RC przez długi czas była wspierana przez północne prowincje we Włoszech. One to wysyłały braci i wsparcie materialne. I choć oficjalnie współpraca ta została zawieszona z racji na trudności braci we włoskich prowincjach to jednak pozostała pewna nić porozumienia. Bracia Kongijczycy co roku starają się wysyłać jakiegoś brata lub dwóch na roczny staż do Włoch. Zaś włoskie wspólnoty odwdzięczają się wsparciem finansowym.

 

Dwudziestego szóstego sierpnia nasi bracia postulanci, z którymi przebywałem dotychczas w domu nowicjatu, rozpoczynali swoje rekolekcje przed obłóczynami. Była to sposobność, by opuścić Makabandilou. Udałem się zatem na dwa dni do Djiri. W tej miejscowości nasi bracia prowadzą parafię św. Klary z Asyżu. Na jej terenie znajduje się też monaster sióstr Klarysek, u których to sprawowałem niedzielną Eucharystię. W poniedziałek wyruszyłem dalej i dotarłem znów do scholastyki. Tutaj zostałem już do końca mojej wizyty w Kongo-Brazza. Była to kolejna sposobność, by poznać braci. Zwłaszcza kursowych naszych współbraci z RCA – Maxima i Teddego. Właściwe to jedyni dwaj bracia –Vianney i Jean – którzy przebywają w scholastyce. Dwóch pozostałych przebywa we Włoszech, zaś diakoni przygotowują się do swoich praktyk w parafii. Rozmowy z nimi pomogły mi lepiej poznać i zrozumieć, inną, odmienną rzeczywistość życia braci w RC. Mała wspólnota sprzyja zażyłości.

 

W końcu dotarliśmy jakoby do punktu kulminacyjnego mojej podróż – wieczór obłóczyn i dzień pierwszej profesji naszych braci. W południe, pierwszego września, wraz z fr. Kevin wyruszyliśmy z scholastyki do parafii w Djiri, gdzie nasi bracia odbywali rekolekcje. Tego dnia wieczorem, spotykaliśmy się w bardzo skromnym braterskim gronie na nieszporach, podczas których, po krótkiej homilii po czytaniu, nasi bracia otrzymali z rąk fr. Kevin habity zakonne. Skromnie, prosto ale i z wielką radością. Padły tam słowa, które bardzie mnie ujęły i na nowo skierowały moje myśli ku zaufaniu składanym w ręce naszych młodych braci: „Nie jesteście przyszłością Zakonu. Jesteście jego „dziś”, jego teraźniejszością”.

Następnego dnia, w tej samej parafii ale w klasztorze sióstr klarysek, o godzinie dziewiątej rozpoczęła się Eucharystia z obrzędem pierwszych ślubów. Też w miarę kameralnie. Były siostry różnych zgromadzeń, bracia i grupka wiernych związanych z braćmi. Słowo Boże które przeprowadziło nas przez historię powołania Samuela oraz Apostołów, wprowadziło nas w przestrzeń Tajemnicy Boga – ciągle tego samego – który woła. Ujęły mnie słowa właśnie o tym, że to jeden i ten sam Bóg. Ten sam, który stworzył. Ten sam, który wołał do Samuela w nocy, ten sam który spośród wielu wybrał Dwunastu. Ten sam, który woła w Izraelu, ten sam który woła w Rzymie, ten sam który woła na Śląsku jest tym samym, który woła w Afryce. Jeden Bóg, jedna wiara, jeden chrzest. I my jedno w Nim.

 

Po uroczystościach wewnątrz kościoła, zgromadziliśmy się na zewnątrz, by poczęstować się miejscowymi wyrobami – były kanapki z kiełbasą, ciastka, owocowe soki. Późnym popołudniem wróciliśmy do centrum miasta do scholastyki. Następnego dnia, w niedzielę po porannej Eucharystii nadszedł czas powrotu. Dane mi było tego dnia przewodniczyć liturgii. Głosiłem Słowo. Słuchaliśmy wówczas Jeremiasza, który dał się Bogu uwieść i który stracił kontrolę nad swoim życiem, bo choć chciał zrezygnować z głoszenia, już nie potrafił. Ogień, który zapłonął w jego wnętrzu był nie do ugaszenia. Widzimy też Piotra, który zamiast dać się uwieść i poprowadzić, sam chce wskazać drogę Jezusowi – „Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”. I Piotr i Jeremiasz mieli swoje pomysły, inne niż te Boże, ale dzięki płomieniowi, który ich trawił, dali swoje ciała na ofiarę. O wszystkim zadecydował ogień, któremu pozwolili zapłonąć, a którego później nie byli już w stanie kontrolować. Cóż, résumé naszej konsekracji. Mała świeca powołania, którą żeśmy przyjęli z radością, zapłonęła z czasem do tego stopnia, że staliśmy się ofiarą. Oby całopalną!

 

Podróż powrotna wpisała się w podobny nurt co droga do Brazza. Podróżowałem jednak sam więc byłem nieco bardziej spokojny i swobodny. Jadąc do Brazza wraz z trzema współbraćmi poczułem się jak ojciec -  jakby nie patrzeć, licznej rodziny. Każdy wydatek należało było mnożyć razy cztery i stąd nawet nad zakupem banana trzeba się było dwa razy zastanowić. To pomogło zrozumieć, choćby jedynie po części, dylematy naszych rodziców. Teraz, podróżując samemu, choć korupcja nie zmalała, a koszty podróży wciąż pozostawały na tym samym poziomie, łatwiej było przełykać gorycz bycia naciąganym a nieraz i oszukiwanym. Sporo trudności przyniosła mi natomiast podróż z Gemeny do Zongo. Przyleciawszy z Kinshasy do Gemeny, chciałem tego samego dnia wyruszyć w dalszą drogę. Okazało się to możliwe – przy miejskim targu było kilka środków lokomocji z destynacją do Zongo – ciężarówki, motory i samochód terenowy. Zamieniłem kilka słów z szoferem Land Cruiser-a i wpisałem się na listę. Była godzina 11h 00 i brakowało nam dziewięciu osób do wyjazdu. Poszedłem więc coś zjeść. W przydrożnej gospodzie zamówiłem ryż i fasole. Porcja była nader obfita. Po obiedzie wróciłem na miejsce oczekiwania. I tak przyszło mi czekać do 16h 00. Wyruszyliśmy sowicie zapakowanym samochodem – wewnątrz było nas z 13 osób, a na dachu bagaż wysokości ponad 1m. Jechaliśmy powoli. Bardzo powoli. Podróż zajęła nam 10h. Prosty rachunek mówi nam, ze do Zongo dotarliśmy o godzinie 2h 00 w nocy. Nie pozostało nam nic innego jak doczekać poranka w samochodzie. Około godziny 6h 30 wybrałem się w kierunku brzegu. O 7h 30 otwarto biura i rozpoczęto weryfikację dokumentów. Poszło dość sprawnie. Załadowałem się z moim małym bagażem na pirogę i ruszyliśmy przez rzekę do Bangui. W domu byłem o 9h 30. Przywitali mnie bracia Hieronim i Barnaba. Byłem w domu.

 

Od tego czasu minął już tydzień. Szybko wskoczyłem w rytm życia w Bimbo. Kilka dni po przyjeździe odbyliśmy kapitułę domową, podczas której zaktualizowaliśmy plan dnia i podjęliśmy decyzję o zatrudnieniu nowego pracownika. A to ze względu na fakt, że prace nad nowym domem zbliżają się do końca a braci nieco ubywa. Już niebawem część z nich wyjedzie do nowej placówki w Boali. Z postulantów został jeden – Prince, podczas gdy pozostali pojechali do nowicjatu. W tym roku prawdopodobnie dojdzie dwóch z Rafaï, który jednak mają problem z transportem (z racji na rebelię droga jest nieprzejezdna). Pozostałych dwóch nie sprostało wymaganiom – jeden oblał maturę, drugi do matury jeszcze nie podszedł. Mama Roseline zatrudniona zostanie od października. Pomoże mamie Iveth w kuchni a przy okazji wesprze braci w porządkach domowych. Liczymy, że z czasem przejmie obowiązki mamy Iveth, jako że ta ostatnia zbliża się do emerytury. Podczas naszej kapituły zmodyfikowaliśmy także program naszych comiesięcznych dni skupienia. Teoria szybko została zaaplikowana w praktykę, bo następnego dnia, w sobotę wieczorem rozpoczęliśmy comiesięczne skupienie. O 18h 00 zainicjowaliśmy różańcem i nieszporami. Po kolacji w ciszy, pomodliliśmy się kompletą i wieczór został pozostawiony każdemu z osobna na lekturę, modlitwę, skupienie. W niedzielę spotkaliśmy się w kaplicy o godzinie 7h 00 na jutrzni i godzinie czytań. Po śniadaniu natomiast, o 8h 30 brat Yeleen ze Wspólnoty Błogosławieństw wygłosił nam konferencję na temat Adoracji Najświętszego Sakramentu. Mówił bardzo radykalnie i bez kompromisów, co – jak zauważyliśmy – nieco wstrząsnęło naszych młodszych braci. Mówił bowiem o konieczności codziennej adoracji. Ile? Święci sugerują 15 min na dzień… ale dla świeckich. Jeśli zaś chodzi o osoby konsekrowane i duchowieństwo, brat Yeleen wpierając się na tekście Mt 26,40 („Jednej godziny nie mogliście czuwać razem ze mną?”), zasugerował codzienną, godzinną adorację. Pokazał nam piękno tej modlitwy, wydobył istotę – być jak Maria (siostra Marty) u stóp Jezusa. Co ona wówczas robiła? Czy podjęła jakieś wielkie starania, by adorować, by podziwiać, by rozmyślać… Nie! Po prostu była, sercem przy sercu. Na adoracji nie trzeba nam Boga szukać. On tu już jest. Mówiąc o tym jasno oddzielił od adoracji medytację, lekturę duchową, kontemplację… Wszystko to może pomóc – np. na początku, by wejść w obecność Boża, ale adoracja to nie lektura, to nie rozmyślanie… Później, brat Yeleen dał nam jasne wskazania co do praktyki – czasu, dogodnej pozycji… Ta praktyka najbardziej poruszyła naszych braci – były bowiem pytania… czy to nie za długo, skoro życie franciszkańskie to nie to samo co życie we wspólnocie Błogosławieństw (do której przynależy brat Yeleen), oraz kwestia bolących kolan… Odpowiedzi Yeleen-a były bardzo proste, bezpośrednie i ucinające wszelkie dalsze wątpliwości. Jak sam stwierdził – adoracja, to przebywanie z Bogiem serce przy sercu, zrodziło się w ich wspólnocie właśnie z inspiracji św. Franciszka i życia braci mniejszych. Ten charyzmat jasno widzimy w Testamencie Franciszka, gdy mówi o respekcie wobec Ciała Chrystusa i o radości przebywania w kościołach. A co do bolących kolan… tak jak drwala nie bolą ręce choć każdy inny na jego miejscu zmęczył by się sromotnie, tak zakonnika nie powinny boleć kolana od modlitwy… praktyka.

 

Choć słowa te były twarde i przyprawiły nas o solidny rachunek sumienia, to jednak były piękne. Bo były prawdą.

Zaraz po konferencji przeszliśmy do adoracji Najświętszego Sakramentu. Dzień skupienia zakończył się Eucharystią i uroczystym obiadem.

W godzinach popołudniowych dotarł natomiast do naszej braterskiej wspólnoty brat Jean de Dieu, franciszkanin, Kongijczyk, który ma współtworzyć wspólnotę w Boali.

Teraz już wyczekujemy tylko Normana, który lada dzień wróci do RCA, by podjąć pracę w Boali. Czas wakacji się kończy i choć nasze życie nie toczy się rytmem szkolnym, to jednak wrzesień i październik to miesiące, gdy nijako na nowo podejmujemy nasze codzienne obowiązki.

Co prawda, na mój urlop muszę poczekać jeszcze kilka miesięcy, to jednak, jak sami możecie zaświadczyć, ostatni czas był dla mnie dość bogaty. Wiele zdarzeń, wiele ludzi. Sporo się nauczyłem, wiele poznałem. Czekam zatem z ufnością kolejnych lekcji Służby Bożej.

 

Błogosławieństwa +