Bracia zaś, którzy udają [się do niewiernych niech] nie wdają się w kłótnie ani spory, lecz winni być poddanymi "wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga" (1 P 2, 13) i przyznawać się do wiary chrześcijańskiej.

14 lipca 2016, Bimbo, RCA
14 lipca 2016, Bimbo, RCA
Data: 2016-07-14

14.07.2016, Bimbo, RCA

Udało nam się opuścić Gambo w okolicach 13:30. Do istniejącej już ekipy dosiadły się jeszcze dwie afrykańskie siostry. Była nas zatem dziesiątka. Po 10 km drogi rozpętała się burza z piorunami i niesamowitą ulewą, a naszym oczom ukazały się ogromne koleiny zalane wodą. Liczyliśmy na szczęście. Ale się nie udało. Zakopaliśmy się „po uszy”. Ani do przodu, ani do tyłu. Napęd na cztery koła nie pomógł. A ulewa szalała. Więc pozostało nam czekać, aż deszcz przestanie padać. Po ok 10 minutach siedzenia w zalewanym wodą samochodzie nagle, jakby z ziemi wyrosło 3 chłopców z łopatą i maczetami. Cali mokrzy podeszli, by zaoferować pomoc. Ale Kordian zdecydował, że trzeba poczekać, aż deszcz ustanie. Wówczas pasażerowie mieli wysiąść i samochód stając się lżejszy (to przecież jakieś 700 kg mniej!) miał sobie poradzić i pokonać przeszkody. Ale deszcz nie ustawał. Chłopcy stali przy aucie moknąć. Co chwilę ściągali koszulki, wykręcali je i zakładali na nowo. Większość z nich była boso, bo to najlepszy sposób poruszania się w mokrej glinie. Stali tak jeszcze z 15 minut. Powoli deszcz ustawał. Chłopcy zabrali się do pracy – zaczęli wykopywać spod samochodu ziemię, na której ugrzązł most samochodu. Kolejno wszyscy pasażerowie opuścili samochód. Staliśmy na deszczu jeszcze jakieś 30 min. zanim samochód opuścił bajoro. Mokrzy wsiedliśmy z powrotem do środka i powoli, wciąż w strugach deszczu ruszyliśmy dalej, żegnając się z tymi którzy nam pomogli, wręczając im dwa banknoty 1000 CFCA. Droga była fatalna. Mnóstwo kałuż. Niektóre tak głębokie, że woda sięgała drzwi. Ciągle trzeba było weryfikować trasę, szukać najlepszych rozwiązań. W międzyczasie dotarliśmy do kolejnego bajora. Glina, pełno wody, ogromne koleiny. Podjęliśmy próbę pokonania przeszkody, ale auto szybko ześlizgiwało się do niższych partii. Zawczasu wycofaliśmy samochód. Najrozsądniejszym rozwiązaniem okazało się wyznaczenie nowej trasy. Trzeba było wjechać na skarpę i przez wysokie trawy ominąć niebezpieczne miejsce. Maczety, siekiery i łopata poszły w ruch, by wykarczować objazd. Znów zaczęło lekko padać. Było już ok godziny 15:30. Niebo zachmurzone. Panował półmrok. Poruszając się po metrze do przodu osiągnęliśmy cel – po ok 400 metrach drogi po skarpie wróciliśmy na wytyczoną drogę. Przejechaliśmy kolejne kilka kilometrów i z naprzeciwka dojrzeliśmy zakopaną w błocie Toyotę Hillux. Droga była na tyle wąska i śliska, iż wyminięcie przeszkody było niemożliwe. Więc ustawiliśmy auto maksymalnie na poboczu, wyłączyliśmy silnik i rozpoczęliśmy wyczekiwanie. Toyota musiała wygramolić się z bagna i ruszyć w dalszą drogę, abyśmy i my mogli kontynuować naszą podróż. Wiedzieliśmy, że to potrwa. Zbliżała się godzina 18:00, a to oznaczało, że staliśmy w miejscu od godziny. Ten czas spożytkowałem na lekturę. Przed nami coraz realniej zarysowywała się wizja nocowania w samochodzie, na poboczu drogi. Deszcz wciąż padał, więc nie było mowy o rozkładaniu „biwaku” obok samochodu. Pomysłowość jednak wzięła górę – postanowiliśmy spróbować szansy jeszcze raz i wykarczować nową drogę na skarpie. Z ożywionymi nadziejami prace ruszyły z pełną werwą. Podjęliśmy ryzyko zakopania się na dobre, ale Pan Bóg pobłogosławił i pokonaliśmy kolejną przeszkodę na drodze do Kembe – pierwszej parafii kolejnej diecezji. Do Kembe dotarliśmy o 19:50, czyli 10 minut przed rozpoczęciem finału Euro 2016. Niestety na miejscu nie było telewizji – była antena, ale księża od dawna już nie opłacali abonamentu. Pozostała nam relacja w radio. Kembe jest oddalone od Gambo jedynie o jakieś 50 km. Z Gambo wyruszyliśmy o 13:30. Podróż trwała zatem 6,5 h. A z tego wychodzi prosty rachunek, że poruszaliśmy się ze średnią prędkością 7 km/h :D

 

 

W Kembe przyjął nas tamtejszy proboszcz i diakon, posługujący na tej parafii. Diecezja Alindao liczy zaledwie 5 ogromnych parafii. Brakuje księży. Żyją biednie. Przyjęli nas jednak bardzo gościnnie. Czekała już na nas gorąca woda, byśmy się mogli wykąpać, przygotowane pokoje z pościelą i moskitierami oraz ciepły posiłek. Nie brzmi to nadzwyczajnie, ale zważając na realia życia tej parafii – był to wyczyn.

 

 

Spałem w jednym pokoju z Bartkiem. Leżąc już w łóżkach słuchaliśmy średniej jakości (z racji na odbiór) relacji z finału w Paryżu. Rano wiedziałem, że była dogrywka. Potem „odleciałem”. W porannej audycji radiowej RFI (międzynarodowe radio francuskie), podano tylko że „przygoda Francuzów się skończyła”. Więc wywnioskowaliśmy zwycięstwo Portugalczyków ale nie znaliśmy żadnych szczegółów.

 

 

O 5:00 nad ranem, we poniedziałek 11 lipca wypiliśmy kawę, załadowaliśmy samochód i przed 6:00 ruszyliśmy w dalszą podróż. Na ten dzień zaplanowaliśmy dłuższą (kilometrowo) podróż. Było kilka opcji w zależności od wypadków na drodze. Najmniej optymistyczną było pokonanie 110 km do Alindao – stolicy diecezji. Kolejnym check point–em było Bambari – stolica kolejnej diecezji, czyli kolejne 125 km drogi . Mieliśmy też opcję jeszcze bardziej optymistyczną – dotrzeć Grimari – czyli jeszcze 80 km dalej. Tego dnia nie padało, choć na deszcz się zanosiło. Niebo pozostawało cały czas pochmurne, a gęste chmury wisiały nad naszymi głowami. Droga też była dużo lepsza. Głównie dlatego, że skoro glina zaczęła się wiązać, nawet wielkie koleiny i „wąwozy” można było pokonać bez wielkich poślizgów. W jednej z wiosek zatrzymaliśmy się, by kupić chleb i w końcu zjeść lekkie śniadanie. W okolicach godziny 11:00, po 5h jazdy dotarliśmy bez większych problemów na drodze do Alindao. Zajrzeliśmy na misję. Przywitano nas, zaparzono wrzątek – mogliśmy wypić kawę i uzupełnić nasze termosy zapasem ożywiającego trunku na dalszą podróż. Zjedliśmy też nieco chleba z konserwą turystyczną i zagryźliśmy orzeszkami ziemnymi. Potem odwiedziliśmy biskupa – przede wszystkim, by spłacić dług, jaki Marcel zaciągnął podróżując z Alindao do Bangassou. W samo południe wsiedliśmy w samochód i podjechaliśmy do centrum „miasta”. Tam kupiliśmy tzw. „szuję” (nie mam pojęcia jak się to pisze, więc napisałem według tego jak to się wymawia), by uzupełnić południowy posiłek. Szuja to mięso krowy, pokrojone w małe kawałki, przysmażone i zawinięte w zielony listek. Zjada się tylko mięso; liść jest tylko opakowaniem ; ) Trochę żylaste, ale smaczne i pożywne : )

 

 

Od Alindao pojawiły się nowe przeszkody na drodze. To te z rodzaju „nienaturalnych”. Mam na myśli bariery. Są bariery „deszczowe” – droga blokowana jest po silnych opadach deszczu i ruch wstrzymany jest na 5 godzin w celu utrzymania dobrej jakości drogi – takie bariery spotkaliśmy dwukrotnie; przejechaliśmy bez problemu; są bariery żandarmerii (wojsko krajowe), która sprawdza papiery i nie robi wielkich problemów – spotkaliśmy jedną taką barierę; są też bariery Seleki; te są najbardziej uciążliwe. Spotyka się je albo na początku wioski (zwłaszcza w wioskach „muzułmańskich”, gdzie Seleka sprawuje władzę), na końcu wioski a czasem w centrum danej miejscowości. Zdarza się że w danej wiosce są trzy bariery. Uzbrojeni ludzie Seleki każą płacić za przejazd przez barierę. Od 1000 FCFA do 5000 FCFA. Takich barier na naszej drodze było co najmniej 12. Trzeba jednak przyznać że spoglądali na nas przychylnym okiem. Tylko na jednej barierze zapłaciliśmy 2000 FCFA, na innych po 1000 FCFA a były i takie które puszczały nas za darmo. Dla wyjaśnienia: nie ma żadnej racji dla istnienia takich barier. Mówią że „dla bezpieczeństwa”. Ale bronią nas przed kim? Logika podpowiada, że albo płacimy na barierach albo ci sami ludzi napadają na podróżujących w drodze i grabią podróżujących. Więc wszyscy milcząco przystają na bariery Seleki. Same bariery nie są niebezpieczne. Po prostu trzeba zapłacić. Nie da się targować, bo przy każdej próbie negocjacji, pilnujący bariery podnosi cenę i podróżujący nie ma żadnych argumentów. Musi zapłacić. Inaczej nie przejedzie. Bariery zatem są wpisane w koszty podróży.

 

Dalsza droga przerywana postojami przy barierach mijała powoli, ale wciąż do przodu. Droga nie pozwalała na rozwinięcie prędkości większej niż 40km/h. Niektóre odcinki w żargonie naszego współbrata Bartka to „droga automatyczna” ; ) Co to znaczy? Że to nie kierowca a droga sama prowadzi samochód. Rzeczywiście koleiny i dziury nie pozwalają na wybór trasy… auto samo posuwa się „w rytmie narzuconym przez drogę”. Do Bambari dotarliśmy o godzinie 16:00. Niebo było już mocno zachmurzone i lada moment miała rozpętać się burza. Trzeba było zdecydować czy zostajemy na noc w Bambari czy może kontynuujemy drogę do Grimari, czyli jakieś 80 km. Argumenty za kontynuowaniem podróży były dwa: z Grimari prawdopodobieństwo dotarcia do Bangi w ciągu

jednego dnia było już bardzo duże; drugim był fakt, że w Grimarijest dom dominikanów – przytulne pokoje, woda, prąd, może i posiłek. Kontrargument był jeden, ale za to decydujący – ryzyko zakopania się na drodze i nocowania w samochodzie. Decyzję ułatwiła nam burza. Gdyśmy stali w centrum Bambari i rozważali za i przeciw, zaczęło padać, grzmieć, błyskać. Ulewa była bardzo silna. Decyzja zapadła. Ruszyliśmy w kierunku katedry. Bambari jest miastem najbardziej poszkodowanym przez rebelię Seleki. Muzułmanie chcieli uczynić to miasto swoją stolicą. Chcieli wygnać chrześcijan. Przy katedrze, w dzielnicy chrześcijańskiej spotkaliśmy mnóstwo popalonych domów, opustoszałych przestrzeni. Swego czasu ucierpiał i sam biskup. Seleka wrzuciła granat do katedry oraz do pokoju biskupa. Wówczas wielu kapłanów uciekło do Bangui. W diecezji został biskup i kilku „odważnych”. Bambari wciąż pozostaje najniebezpieczniejszym miastem w RCA. Po ostatnich zamachach w mieście stacjonuje spora grupa żołnierzy Nations Unis. Katedra pozostała jednak niewyremontowana – z dziurą w ścianie. Dzielnice chrześcijańskie powoli na nowo zaczynają wypełniać się mieszkańcami, choć obozy uchodźców wciąż pozostają pełne i zajmują ogromne obszary. Są strzeżone przez wojsko.

 

Biskup diecezji jest osobą w podeszłym wieku. Nie jest na siłach, by podnieść miejscowy Kościół z gruzów. Sam mieszka w domu sióstr, bo z racji na wiek nie czuje się pewnie mieszkając samemu. Na plebani nie zastaliśmy nikogo poza stróżem – kapłani wyjechali do Bangui na rekolekcje. Kordian wraz z stróżem udał się do biskupa, by poprosić o nocleg. Wrócili z kluczami do pokojów gościnnych. Warunki okazały się zaskakująco dobre jak na zdewastowaną stolicę diecezji. Pokoje były posprzątane, była pościel, w każdym pokoju prysznic. O 18:00 włączono prądnicę, więc było światło i prąd w gniazdkach. Był też zasięg Telecelu i Orange (czyli i mój numer polski i afrykański miały tej nocy zasięg). Był jeden problem. I to poważny. Nie było możliwości, by odprawić Eucharystię. Bolało bardzo. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. I to jeszcze w jedenasty dzień miesiąca… Pozostało nieugaszone pragnienie.

 

Na kolację, ku naszemu zaskoczeniu zostaliśmy zaproszenie przez jednego z członków organizacji Merci Coeur, znajomego od Bartka. Podstawiono samochód i wywieziono nas do muzułmańskiej dzielnicy ; ) Zamówiono catering :D Przyjechał ciepły maniok, sos z warzywem koko (to nie kokos ;p) i jakieś mięso. Sama siedziba Merci Coeur zrobiła wrażenie. Nie tyle z zewnątrz ale od wewnątrz – kanapy, dywan, czyste ściany, prąd, telewizor, wentylatory… Można było na chwilę zapomnieć, że jest się w RCA. Tam też dowiedzieliśmy się, że Portugalia wygrała w dogrywce 1:0. Szczęśliwym trafem w czasie naszego posiłku na Canal + trwała retransmisja finału więc zajadając kolację śledziliśmy wydarzenia na boisku z pierwszej połowy meczu. Potem pozbieraliśmy manatki i wróciliśmy na plebanię na nocleg. We wtorek ruszyliśmy dalej – pełni nadziei, że jest to ostatni dzień naszej podróży. Droga przebiegała sprawnie – nie padało więc każda przeszkoda, z mniejszym lub większym wysiłkiem, była do pokonania. Punktem zwrotnym naszej wtorkowej podróży była miejscowość Subit, oddalona o 120 km od Bambari. To tutaj rozpoczyna się asfalt w kierunku Bangui. Nowy świat, nowa jakość, nowa prędkość, nowy komfort. Zanim wjechaliśmy na „autostradę” zatrzymaliśmy się na obiad w miejskiej restauracji. Zasmakowawszy już wcześniej sosu z koko zamówiłem go raz kolejny. Do tego maniok i cztery kawałki mięsa z krowy. Mmmm wyśmienite : ) Popiłem Colą :D Przed nami było co prawda jeszcze 188 km ale każdy czuł, że już jesteśmy w domu. Ruszyliśmy po 12:00 i w granice Bangui wjechaliśmy nieco po 15:00. Tu jednak poruszaliśmy się dużo wolniej z racji na tłumy samochodów, motorów i pieszych. Po drodze odstawialiśmy naszych pasażerów i w końcu po 16:00 dotarliśmy do Bimbo. Dobrze być w domu. Uściskaliśmy się z braćmi: Normanem, Dorianem(!) i postulantami (Remo jest na urlopie w Kongo, a Barnaba na rekolekcjach w Bangui). Otrzymałem tymczasowy pokój na postulacie, bo mój będzie zajęty przez biskupa Zbigniewa który przyjedzie lada dzień, aby we wtorek wylecieć do Polski na ŚDM. Rozpakowaliśmy auto, usiedliśmy na chwilę w salonie wymieniając na gorąco wrażenia z podróży i radość ze spotkania z braćmi. Potem był czas na prysznic. Wreszcie : ) O 18:00 udaliśmy się do kaplicy na rozmyślanie i nieszpory po czym zjedliśmy kolację. Wieczorem, kończąc ten dzień, a zarazem całą przygodę podróżowania przystąpiliśmy do ołtarza Pańskiego. Ile radości!

 

Ten czas pozbawiony adoracji oraz poniedziałkowe doświadczenie dnia bez Eucharystii dał mi do myślenia. Nigdy sam nie powziąłbym takiego pomysłu by „zrobić sobie przerwę”. Nie miałbym odwagi. Wiem, że Eucharystia mnie trzyma na nogach. Ale zarazem czułem, że modlitwa adoracji w tych ostatnich tygodniach stała się bardziej automatyczna, sucha, nieprzynosząca radości. Czasem trzeba było się „zmuszać”, by nie rezygnować. I z perspektywy czasu widzę jak owocne było to doświadczenie „separacji” – nieprzymusowej, koniecznej i przyjmowanej z żalem. Bo ona pokazała wartość. Z perspektywy wyraźniej widać całokształt. Piękno wydobywa się na nowo. Czyż to nie prawda? : )

 

Tej nocy spałem dobrze. Jednak jeszcze większy komfort towarzyszył porannemu wstawaniu – świadomość, że tego poranka nigdzie nie ruszamy : ) Wskoczyliśmy szybko w rytm dnia: o 6:00 modlitwy, Msza, śniadanie, o 10:00 wspólna kawa, o 12:00 Godzina Czytań i Modlitwa w ciągu dnia, potem obiad, o 18:00 rozmyślanie, nieszpory, kolacja, kompleta… spoczynek. Reszta czasu to okazja, by zrobić pranie, by się nieco rozlokować w nowym pokoju, by usiąść do spisania tego co się działo a także – na czym upłynęło nam mnóstwo czasu – by pogadać z Dorianem. Przegadaliśmy większą część dnia. Ostatnio widzieliśmy się w Paryżu. Potem ja zdążyłem wyjechać do Afryki, zanim on wrócił do Polski. Więc było mnóstwo tematów do poruszenia… Był tez czas na adorację : ) A wieczorem na film w braterskim gronie.

 

Przed nami jeszcze jeden dzień luzu, a potem rozpoczynamy obrady. Wróci Remo i Barnaba więc będziemy w komplecie. Kończymy we wtorek i później przyjdzie mi czekać na możliwość powrotu do Rafaï samolotem – albo bezpośrednio albo do Bangassou, a stamtąd samochodem z siostrami z Rafaï, które pozostały tam na rekolekcjach.

 

Serdecznie pozdrawiam i błogosławię +