Żaden z braci niech nie głosi kazań wbrew praktyce i zarządzeniom świętego Kościoła i bez pozwolenia swego ministra (...). Wszyscy jednak bracia niech głoszą kazania czynami.

14 stycznia 2018, Bimbo, RCA
14 stycznia 2018, Bimbo, RCA
Data: 2018-01-19

Pełen nowych wrażeń i emocji po rekreacyjnej wyprawie na południe kraju, ślę Wam gorące pozdrowienia i kilka słów komentarza do zdjęć, które same w sobie mają mnóstwo treści.

 

Już właściwie od dłuższego czasu po naszych głowach – mojej i Barnaby – krążyła myśl, by odwiedzić naszych współziomków ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich (SMA) w Monasao i w Bayandze. Monasao jest jedną z parafii diecezji Berberati, na południu kraju. Bayanga jest natomiast miejscowością przynależącą do parafii Monasao oddalonej o ok 50 km. Z racji na odległość i potrzeby duszpasterskie księża SMA podzielili się obowiązkami i tak jeden – Wojtek, stacjonuje przy „kościele parafialnym” w Monasao, a drugi – Czarek (tymczasowo razem ze Sławkiem) – spędza dni przy kaplicy w Bayandze. Bayanga sama w sobie jest jednak… miastem (?) większym od Monasao i bardziej żywotnym, z racji na położenie na terenie parku narodowego Dzanga-Sangha.

 

Wiedzieliśmy, że droga jest długa i uciążliwa, toteż oscylowaliśmy w porę suchą, kiedy to deszcze nie padają, a droga choć wyboista, jest przejezdna. Tak to mniej więcej 350 km pokonaliśmy w ciągu ..14 godzin. Konkretne plany pojawiły się w czasie Adwentu, kiedy to bracia SMA z Monasao pojawili się w stolicy i zajrzeli do nas na kawę. Wtedy to przy kawie i ciastku nakreśliliśmy plan i daty naszej wizyty. Wiedzieliśmy że nieopodal ich misji znajduje się misja sióstr dominikanek – w Belemboke -  tego samego zgromadzenia co nasze sąsiadki – Mariella i Nohora. Tak więc nasza ekipa wypadowa wzrosła do trzech osób – razem z Mariellą. Z naszej wyprawy skorzystał także jeden z pracowników wyczekiwany w Monasao – Mao. W ostatniej chwili dołączyła do nas także Emilia, pani doktor, która dotarła dzień wcześniej do Bangui z zamiarem spędzenia kilku dobrych miesięcy na misji w Monasao, którą już dobrze znała ze wcześniejszych wizyt w RCA. Nasze auto było zatem pełne. Przed wyjazdem udaliśmy się oczywiście na zakupy – lista produktów zamówionych przez misjonarzy SMA, oraz nasze potrzeby na drogę – sardynki, ciastka, napoje, papier toaletowy etc.

 

Wyruszyliśmy w sobotę. O 4.00 sprawowaliśmy Eucharystię u sióstr dominikanek, które po Mszy poczęstowały nas kawą i przekąską. Wyruszyliśmy ok 4.45 i dotarliśmy do sióstr Kombonianek, gdzie nocowała Emilia. Mao był już z nami, bo dzień wcześniej przyjechał do nas do Bimbo gdzie nocował. Bez problemów przejechaliśmy pierwszą barierę żandarmerii i ruszyliśmy na ostatnie 150 km asfaltowej drogi. Trzysta pięćdziesiąt kilometrów w jeden dzień okazało się mordęgą, mimo że podzieliliśmy się z Barnabą czasem za kierownicą. Spore wyboje, głębokie koleiny i niskie podwozie naszego Hilux-a, sprawiały że prędkość naszego przemieszczania się malała nader często do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Do Mbaiki – ok 150 – wiódł nas asfalt, ale podziurawiony. Dziury głębokie, gdzie ryzykuję się awarią. Od Mbaiki droga szutrowa, a miejscami „rajd Dakar” – po piaskach. Trudno wyobrazić sobie taką przeprawę w porze deszczowej… Nam jednak świeciło słońce, a poranki schładzało chłodne saharyjskie powietrze. Droga wiodła przez lasy i przez sawanny. W okolicach Mbaiki roztacza się już dość gęsty busz, po czym im bliżej Monasao, tym więcej sawanny: pojedyncze drzewa i wypalane przez mieszkańców wysokie trawy. Mbaiki – stolica diecezji - okazało się sporych rozmiarów miastem. Później napotykaliśmy już tylko małe wioski. Czasem były to pojedyncze domy w gęstym lesie. Aż dojechaliśmy do miasta Boda. Miejscowość ta jest nowym miejscem pracy jednego z Kombonianów – o. Everaldo, Brazylijczyka – który ostatnimi laty pracował w naszym sąsiedztwie w Bimbo. Nie omieszkaliśmy go odwiedzić i zapowiedzieć się na nocleg  drodze powrotnej. Sama Boda jest miejscowością podzieloną na dwie strefy – muzułmańską i chrześcijańską. Tutaj jednak nie ma większych problemów w codziennym współżyciu. Chrześcijanie zaglądają na muzułmańskie targi, a ci drudzy chętnie przechadzają się po chrześcijańskich dzielnicach.

 

W drodze był też czas na piknik, kiedy to raczyliśmy się siostrzanym risotto, sardynkami z puszki, chlebem i - jakbyż mogło być inaczej - bananami. Do Belemboke dotarliśmy w sobotę wieczorem, wprost na kolację. W tym bajecznym, pigmejskim miasteczku współpracują siostry dominikanki (Kolumbijki i Ekwadorki) wraz z księżmi SMA – Anselmem i Emmanuellem – Afrykańczykami ale jednak cudzoziemcami (nie pomnę ich narodowości). Wzięliśmy prysznic i posnęliśmy jak dzieci.

 

Jak wspomniałem, Belemboke jest typowym miastem samych pigmejów (Bayaka – w tutejszej nomenklaturze). Pigmeje są ludźmi lasu. Ich krótki wzrost jest wynikiem ich aklimatyzacji do życia w lesie. I rzeczywiście tam czują się jak w domu. Z radością się patrzy i nadziwić się nie można z jaką swobodą kroczą boso po leśnej ściółce, połamanych gałęziach, piasku i czerwonej ziemi. Urania jakoby im przeszkadzają. Za to ich uśmiech i prostota przyodziewają ich niczym bisior na ramionach władcy. Ich charakterystyką są szeroko rozciągnięte usta i płaski nos. Można by rzec, że łatwo ich rozpoznać, ale jednocześnie każdy z nich jest inny, ogromna różnorodność.

 

Skąd wzięła się pigmejska wioska, skoro Bayaka żyją w lesie?

 

Nasi mali przyjaciele żyjąc w lesie tworzą małe, dwudziestoosobowe wioski. Tymczasowe oczywiście. Żyją w klanach. Swego czasu, jakieś 50 lat temu, pewien francuski kapłan, fidei donum, rozpoczął misję wśród Pigmejów. Zamieszkał pośród nich. Przybrał ich sposób życia, ich zwyczaje, ich maniery. Nocował w domku typowo pigmejskim – robionym na wzór ptasich gniazd tyle, że jakby odwrócony do góry nogami – z gałęzi i liści. Żyjąc pośród ludzi lasu i głosząc im Dobrą Nowinę o zbawieniu, o odnowieniu godności ludzkiej przez Misterium Życia Syna Bożego pośród ludzi, zaproponował im stworzenie ich własnej wioski. W ten sposób zgromadził chętnych katechumenów, zajął się ich edukacją i ewangelizacją. Zgromadzeni w jednym, stałym miejscu uzyskali sposobność wyjścia z „natury” by wejść w „kulturę”. Z upływem czasu pigmeje wraz z swym duszpasterzem stworzyli listę zasad życia w ich „prywatnej, chrześcijańskiej wiosce”. Tylko chętni, tylko katolicy. Każdy z nich sam decydował, czy w wiosce zostaje, czy wraca do lasu. Sukcesywnie idea gromadzenia pigmejów przybrała także ideę obrony przed dyskryminacją. Pigmeje gromadzący się w innych miejscach byli i są nadal dyskryminowani, wykorzystywani i uznawani za zwierzęta. W RCA pigmeje nie są oficjalnymi obywatelami kraju! Nie ma żadnych rejestrów, ani dokumentów, które poświadczałyby ich obecność w kraju. Toteż praca misjonarzy w tej społeczności bazuje na płaszczyźnie czysto ludzkiej – odnaleźć poczucie własnej godności, promocja życia, pracy rąk własnych i przysposobienie do życia w społeczeństwie.

 

Pigmeje wciąż bowiem pozostają ludźmi lasu. A to znaczy, że co znajdzie, to jego – kradną gdzie tylko można, jednak bez jakiegoś solidnego przeświadczenia, że to nie w porządku – w lesie wszystko było dla nich. Trudno im zabrać się za pracę na polu – dotychczas (w lesie) wszystko rosło samo i bez trudu zbierano to czego nie posiano. A w lesie znajdowali doprawdy wszystko – mięso, przyprawy, jadalne korzenie, owoce, liście, orzechy, lekarstwa, napoje. Brak im też stałości – dziś popracuje na polu, a jutro czmychnie do lasu, by wrócić po dwóch, trzech miesiącach. Pójdzie do szkoły, po czym zniknie, szukając jedzenia w buszu. Śmialiśmy się do rozpuku, kiedy to Wojtek opowiadał nam historię jednego Pigmeja który dość szybko zakończył swoją edukację. Pytany dlaczego, odpowiedział: „Mbi wara idées awe” – „mam już pewne idee, to wystarczy” : ) Wie czym jest szkoła, z czym się to je, jak to funkcjonuje… wystarczy : )

 

Ludzie Bayaka żyją w ciągłych kompleksach. Czują się słabsi, mniejsi, nieużyteczni i zastraszeni. W przypadku zetknięcia z nie-pigmejami (czyli tzw. Villo, albo villageois) oddają teren. Uciekają z powrotem do lasu. A ta droga staje się dla nich drogą zagłady. Nie potrafią się przeciwstawić i narzucić swoich zasad. Szybko popadają w uzależnienia – alkohol, wąchanie kleju, tramadol. Są uzależnieni od Villo, bo u nich sprzedają to, co znajdą w lesie. Sprzedają za grosze, Villo przygotowują to, co kupią i odsprzedają pigmejom dużo drożej. Od czasu do czasu Pigmeje znajdują złoto lub diamenty (jest ich tu trochę). Ale sprzedają za bezcen, bo Bayaka nie myśli o jutrze, pojutrze ale o dziś – kupi motor, wypije nieco alkoholu, zapłaci kilku kobietom i jest bossem.

 

Toteż Belemboke pozostaje miasteczkiem zamkniętym dla villageois. Nie mają prawa się tam osiedlać, ani przebywać dłużej niż dwa tygodnie. Kobieta Pigmejka , która wyjdzie za nie-pigmeja musi opuścić wioskę. Pigmej który urządza libację na terenie wioski – musi ją opuścić. Pigmej, który zdradza żonę – musi opuścić wioskę (albo zostaje złojone przez swoją żonę; do szpital przychodzą ze śladami zębów na ramionach, na głowie; podrapani, pokaleczeni ostrymi narzędziami). Pigmej który wącha klej – musi opuścić wioskę. Generalnie w Belemboke mieliby pozostać ludzie, którzy chcą walczyć o moralność, którzy cenią sobie życie, którzy mają idee. Nikt nikogo tu nie trzyma, każdy może wioskę opuścić. Ale ci, którzy w niej pozostają muszą trzymać się zasad. Taka jest idea, choć życie nie zawsze idzie z nią w harmonii (Pigmeje wychodzą poza wioskę, „kosztują życia”, i wracają…). Idea może budzić wątpliwości. Ale plan jest dość klarowny – ci ludzie, wychowani na wartościach chrześcijańskich, z pokolenia na pokolenie będą coraz bardziej zakorzenieni w Kościele i będą „miastem na górze” które ma świecić i pociągać innych. Po blisko 50 latach pracy widać małe efekty. W Belemboke funkcjonuje szkoła i mała przychodnia, gdzie pracują już Pigmeje. Od blisko dziesięciu lat ludzie chodzą ubrani. A warto napomnieć, że ich dzieje datuje się na czasy przedchrystusowe…

 

[...]

Wszystkim Wam błogosławię! +

 

[...]

W Belemboke w niedzielę, po Eucharystii, na której wszyscy sowicie zmarzli – może to i dziwne, ale naprawdę było strasznie zimno, co spowodowało spore opóźnienia i znacząco wpłynęło na frekwencję – wypiliśmy ciepłą kawę i ruszyliśmy na eskapadę po wiosce. Wpierw poszliśmy zobaczyć mały szpital, później wyruszyliśmy poza wioskę w kierunku źródła wody. To dość spory kawałek i dużo poniżej poziomu wysokości wioski. Te okoliczności utrudniają dostarczanie wody do misji i punktów dystrybucji. Powstała swego rodzaju pompa, która pod ciśnieniem dostarcza wodę w gumowych wężach. Mechanizm jednak nie działa. I to za sprawą Pigmejów. Swego czasu jeden z Pigmejów potrzebował gumy, by owinąć rączkę swojej maczety. Gumy nie miał, pieniędzy na zakup też nie było. Toteż wpadł na pomysł, by przeciąć gumowego węża z wodą, świadom, że takie awarie reperuje się tutaj owijając pękniecie gumą ze zużytych dętek. Oczywiście siostry awarię czym prędzej naprawiły, po czym pomysłowy sprawca odwinął zużytą dętkę i wykorzystał owijając swoją maczetę. O pomysłowości pigmejów świadczy też inny przypadek. Na misji były kozy. Jedna z nich podupadła na zdrowiu. Toteż zaoferowano pigmejom, że mogą ja zabrać i skonsumować. Pouczeni takim doświadczeniem, sami doprowadzili kozę do stanu krytycznego – obcinając jej dwie przednie nogi – licząc na hojność właścicieli, którzy pozbędą się „chorej kozy”. Siostra jednak, jako lekarka wszelkich specjalizacji, nogi pozszywała i koza została w domu. I ma się dobrze.

 

Po wyprawie do „źródła” przespacerowaliśmy wioską, pozdrawiając mieszkańców, zatrzymując się u niektórych na pogaduszki. Pigmeje poza swoim własnym językiem biegle władają sango, więc komunikacja nie przysporzyła nam większych problemów.

 

Późnym popołudniem, wraz ze wszystkimi siostrami wybraliśmy się do Monasao na niedzielną kawę. W domu zastaliśmy Wojtka, Emilię, która już dość dobrze się zaaklimatyzowała oraz Rebekę, amerykańską studentkę, kształcącą się w Berlinie, która przyjechała do Monasao na badania do swojej pracy... magisterskiej. Po wspólnej biesiadzie siostry wróciły do Belemboke, a my po powierzchownym zwiedzaniu misji ruszyliśmy dalej, do Bayangi, gdzie mieliśmy nocować. Razem z nami, w drogę wybrało się kilka(naście) uczennic, rodem z Monasao i Belemboke, które miały kontynuować naukę w Bayandze. Część z nich z własnej woli, inne były ku temu zmuszone sytuacją, bo mając już dzieci nie mogły kontynuować edukacji w szkołach katolickich, więc wybrały się do szkoły państwowej w Bayandze. W drodze poopowiadały nam o zwyczajach, o wypadach do lasu, o Pigmejach, którzy jeszcze lasu nie opuścili, a których one spotykają w czasie swoich leśnych wojaży. Mówiły o zwierzętach i bogactwach lasu. Mówiły o zwyczajach rodzinnych, o zamążpójściu, o braku wierności i wierze. Pigmeje, a w gruncie rzeczy ich przodkowie, czcili duchy lasu – oddawali pokłony i składali ofiary ze zwierząt i warzyw przed drzewami i głazami. Dziś jednak już tego nie praktykują. W ich głowach jest jeden Bóg, choć jeszcze dobrze „nie-zakorzeniony”.

 

Dotarliśmy na miejsce już po zachodzie słońca, przemierzając gęste lasy równikowe. Tak jak opuściliśmy Monasao, coraz bardziej pogrążaliśmy się w gęstwienie równikowych płuc Afryki. W domu przyjęli nas Czarek i Sławek, misjonarze SMA. Ten malutki budynek, który wcześniej służył misjonarzom, gdy przyjeżdżali na kilkudniowe wizyty duszpasterskie, stał się miejscem stałego zamieszkania naszych braci. W centrum mały salon-jadalnia, połączony z kuchenką, poza tym trzy pokoje, łazienka i mały magazyn. Bardzo przytulnie. Bayanga, jak już wspomniałem, jest miastem nieco większym od Monasao, lepiej rozwiniętym, oświetlonym, z zasięgiem telefonicznym. Swój rozwój zawdzięcza niemieckiej organizacji WWF, zajmującej się Narodowym Parkiem Dzanga-Sangha. Może to dziwić, ale atrakcyjność parku ściąga wielu zagranicznych turystów. Przylatują bezpośrednio samolotem na mały pas lotniczy na obrzeżach miejscowości. Co ich przyciąga? Gęsty równikowy las, pełen leśnych słoni, goryli, szympansów, antylop Bongo i spora różnorodność ptaków. Niewątpliwie ta atrakcja przyciągnęła także i nas. Ale były też inne motywy. Przede wszystkim był to piękny czas spotkania z Polakami. Dzięki ich uprzejmości mogliśmy poznać ich charakter pracy. W poniedziałek rano, wpierw zajrzeliśmy do „Doli Loge”, miejsca przyjmowania turystów. Tam to, w restauracji nad brzegiem rzeki Sangha, cieszyliśmy oczy afrykańskim krajobrazem. W okolicy znajdowały się domki „letniskowe” do wynajęcia i biuro turystyczne organizujące wyprawy do buszu. Na obiad wróciliśmy na misję, by po krótkiej sjeście wyruszyć do Lijombo, małej wioski w gęstym buszu. Istniały dwa motywy tej wyprawy: pierwszy dotyczył wyjazdu Sławka do Kamerunu – właśnie w okolicy tej wioski przekroczył kameruńską granicę przeprawiając się przez rzekę pirogą. Drugi dotyczył już samego duszpasterstwa na miejscu. Nieopodal Lijombo, w gęstym lesie odkryto małą murowaną kaplicę, poświęconą Matce Bożej z Fatimy. Przez ostatnie czasy kaplica została pochłonięta przez afrykański busz. Drzewa autentycznie wchodziły do środka. Czarek wraz z miejscowymi Pigmejami wykarczował teren okalający kaplicę i przygotował miejsce na parafialną pielgrzymkę 13 maja 2017 roku. Na pielgrzymkę zeszła się spora grupa wiernych wraz z biskupem, który wyraził życzenie, by „Fatima” w Lijombo stała się sanktuarium diecezjalnym. Toteż prace ruszyły na dobre. Onegdaj miejsce to było okupowe przez pewnego Portugalczyka, Lopeza. Miał tutaj ogromną plantację kawy. Wybudował sobie piękna willę – której ruiny można oglądać do dziś, otoczył się murem, zorganizował sobie mały raj na ziemi. Wybudował też kaplicę na cześć Maryi. Lopez wyjechał. Przejął interes pewien Serb, który został zapamiętany jako człowiek, który bardzo często powtarzał słowo „dobrze”, co spowodowało, iż został zapamiętany jako „Pan Dobry”. Za jego czasów „raj” jakoś hulał, ale z czasem wszystko zarosło i zaczęło niszczeć. Dziś Czarek próbuje postawić Fatimę na nogi. Rozpoczął od oczyszczenia terenu, wykarczowania drogi. Wybudował mały drewniany domek dla kapłana. Planuje odremontować kaplice i pozostałe budynki, które mogłyby posłużyć jako centrum spotkań pielgrzymów. Chce stworzyć plantację kawy lub kakao. Niezwykle ambitny plan.

 

Dotarłszy na miejsce przygotowaliśmy swoje noclegi i spożyliśmy przygotowaną dziczyznę. Rano wstałem dość wcześnie, by nacieszyć się porankiem, choć Mszę zaplanowaliśmy dopiero na 8.00. Usiadłem przed domkiem i czytając książkę, co jakiś czas rzucając wzrok na rozciągający się przed moimi oczami tropikalny las pokryty poranną mgłą. Później z mgły wydobyła się także tafla rzeki przepływającej nieopodal naszego domku. O ósmej zgromadziliśmy się w opuszczonym kościółku. Przyszła spora grupa pigmejów-pracowników. To dla nich Barnaba sprawował Eucharystię i wygłosił słowo o św. Franciszku, który odbudował Kościół Boży. Po śniadaniu pirogą przeprawiliśmy się do centrum wioski Lijombo. Czarek, niestety pozostał w domku nad rzeką, ścięty malarią. My natomiast przespacerowaliśmy miasteczko, dotarłszy do nowej kaplicy i szkoły, po czym wróciliśmy na brzeg i pirogą do Czarka. Zjedliśmy smaczną rybkę, pozwiedzaliśmy opuszczone posiadłości Lopeza i Dobrego i ok 15.00 wyruszyliśmy w drogę powrotną do Bayangi.

 

W środę przyświecał nam już tylko jeden plan związany z Bayangą – słonie. Po porannych modlitwach, Mszy i śniadaniu, podjechaliśmy do biura turystycznego, by zabrać jednego z pracowników WWF oraz jednego z Pigmejów – pistera – czyli tego który wytyczał ścieżkę naszej wędrówki po buszu. W czwórkę, z dwoma pracownikami i Barnabą wyruszaliśmy samochodem w głąb równikowego lasu, ok. 12 km. Odstawiliśmy samochód na prowizorycznym parkingu i ruszyliśmy jeszcze głębiej, ale już pieszo. Nasza piesza wędrówka trwała jeszcze ok. 40 min. Przewodnik poinformował nas o zasadach: mówimy półgłosem, idziemy razem; w przypadku spotkania ze słoniem powoli się wycofujemy, a w razie ataku chowamy się za drzewa. Ruszyliśmy. Pigmej kroczący na przedzie z wielką łatwością wybierał ścieżki przetarte przez wędrujące tędy słonie. Były ślady, były odchody. Zaraz na początku naszej wędrówki przyszło nam przeprawić się przez płytki strumyk o krystalicznej wodzie. Otaczające nas lasy w różnych odcieniach zieleni, a także i żółci i czerwieni dodawały tylko uroku temu bajecznemu miejscu. Postępowaliśmy w sandałach i krótkich lub podwiniętych spodniach. Miejscami woda robiła się nieco ciemniejsza, sporadycznie zmieniała się w małe bagienko wskutek słonich odchodów. Nie straszne nam jednak były fekalia, wobec perspektywy zobaczenia gołym okiem ich sprawcy. Po przejściu strumyku znów znaleźliśmy się w gęstym lesie. Poza ścieżkami – mur z drzew i krzaków. Liczyłem na to, że w pewnym momencie natkniemy się na jakąś słonią rodzinę, przecinającą nasz szlak, ale nic z tego. Trzeba nam było uzbroić się w cierpliwość, by dotrzeć w końcu do miejsca docelowego: polany w pośrodku tropikalnego lasu równikowego. To między innymi właśnie tu 4000 leśnych słoni żyjących na terenie parku Dzanga Sangha w granicach RCA, szuka wody i soli mineralnych w bagnie. Naszym oczom ukazał się piękny widok. W tle lazurowe niebo. Nieco bliżej piękny kolorowy las, z przewagą zieleni, który to jakby wedle nakreślonej granicy staje na baczność i dalej nie śmie postawić kroku, stwarzając miejsce dla sporych rozmiarów polany. A polana pełna słoni. W jednym momencie można było ich naliczyć z ponad 60. Maszerowały to w prawo, to w lewo, zanurzały swe trąby w dość głębokich kałużach, polewały swe grzbiety wodą, obsypywały je także piaskiem, popijały wodę, w którą wcześniej wydalały odchody…i co jakiś czas pomrukiwały, w sobie właściwy sposób. Zdaje się, że małe słonie po odstawieniu od piersi, spożywają wpierw mamie odchody, dobrze przetrawione i odpowiadające ich potrzebom. Dopiero później wzorem starszych szukają pożywienia w ziemi i w wodzie ; ) Spędziliśmy tam godzinę. Weszliśmy na mały taras widokowy, z którego mogliśmy podziwiać poczynania zwierząt. A były tam także bawoły afrykańskie i dzikie świnie. I doprawdy, można by tam spędzać godziny. Ciągle coś się dzieje. I choć w słonim tempie, to życie się toczy. Co jakiś czas przychodziły nowe grupy słoni, inne odchodziły. W pewnym momencie z lasu wybiegł mały słoń, biegnąc w kierunku jednej z grup. Słonie przebywające na polanie w tymże regionie, zerwały się czym prędzej i uciekły w las, wyczuwszy zagrożenie. Był to jednak fałszywy alarm i po chwili cała słonia gromada wróciła na polanę. Później dwóch samców napinało swoje klaty, i w końcu jeden przegonił drugiego. Pod koniec naszego pobytu na polanie mała grupka słoni podeszła dość blisko do balustrady, co opóźniło nasze zejście. W końcu jednak, widząc upór słonia, który znalazłszy coś ciekawego w ziemi nie chciał się oddalić, powoli zeszliśmy na ziemię. Staliśmy w odległości może 7 metrów. Trwaliśmy tak chwilę w podziwie, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną do parkingu i w końcu do misji w Bayandzie. Był to akurat czas obiadowy. Po południu byliśmy znów w trasie, w drodze de facto powrotnej do Monasao. Tym razem mieliśmy nieco więcej czasu na poznanie misji, bo zostaliśmy tam aż do wieczoru dnia następnego (do czwartku). W środę wieczorem właściwie skupiliśmy się wokół stołu: kawa, ciastko a później kolacja i rekreacja. W czwartek natomiast, po porannej Eucharystii odwiedziliśmy punkt medyczny i dzielnicę Pigmejów. W Monasao bowiem, miasteczko jest podzielone przez drogę. W pierwszych ideach, wioska miała być tylko i wyłącznie dla Pigmejów. Ale obecność misjonarzy przyciąga także innych – skoro są misjonarze to jest i woda i prąd i punkt medyczny i szkoła. Szybko więc zaczęli pojawiać się tzw. Villo (nie-Pigmeje). By zatrzymać Pigmejów w wiosce trzeba było dać im gwarancję że nowi nie wyprą starych, toteż dziś po stronie misji mieszkają Pigmeje. Po drugiej stronie ulicy mieszkają Villo. Nasz spacer zakończyliśmy przy grupie dzieci, ustawionych rzędem, które czekały na wydanie posiłku. Uczniowie katolickiej szkoły otrzymują raz dziennie posiłek na misji, finansowany przez „Przyjaciół SMA”, czyli świeckich, mających swój udział w charyzmacie Stowarzyszenia Misji Afrykańskich (tak jak i nasi Przyjaciele finansują edukację dzieci w Rafaï).

 

W Monasao bardzo widoczne jest, iż główną płaszczyzną ewangelizacji Pigmejów jest formacja ludzka – edukacja, opieka medyczna, kolaboracja Pigmejów z Villageois. Poprzez tę formację misjonarze starają się przekazać także wartości chrześcijańskie dotyczące godności i wartości życia ludzkiego, co dla Pigmejów pozostaje wciąż wielkim wyzwaniem. Brakuje szacunku dla własnego życia i życia bliźniego. Życie rządzi się prawem dżungli… Zdarza się, że mama, która dopiero co urodziła dzieciątko, ucieka ze szpitala i odrzuca nowonarodzonego, bo on (rodząc się) sprawił jej dużo bólu. W takiej sytuacji siostra bierze niemowlaka, zanosi do rodzinnego domu i prosi i przekonuje, by rodzina przyjęła nowe życie. Nie brakuje też przypadków aborcji, leśnymi sposobami – odpowiednie zioła, zabijają nowo poczęte dzieci.

 

Czas szybko i przyjemnie nam uciekał. Wieczorem w czwartek wróciliśmy do sióstr w Belemboke, właściwie tylko na nocleg. Rano po Mszy i śniadaniu, już z siostrą Mariellą na pokładzie, ok 9.00 ruszyliśmy w drogę powrotną zatrzymując się na nocleg w Boda, by w sobotę zrealizować ostatni odcinek naszej wyprawy. Zanim dojechaliśmy do Bangui zatrzymaliśmy się w mniejszych wioskach na zakupy – warzywa i owoce są tu cztery razy tańsze. Dobrze załadowanym samochodem wjechaliśmy na plac sióstr dominikanek ok. godziny 16.00. Wypiliśmy szklankę zimnej wody i dotarliśmy do naszego domu. Tutaj czekali nas już nasi bracia.

 

Ucieszyłem się, że jestem znów w domu. Że wejdę w codzienny rytm modlitw i pracy. Ten wyjazd był pięknym doświadczeniem. Był też okazją, by odetchnąć od codziennych trosk i zaczerpnąć świeżego powietrza afrykańskiej wioski.

 

Jak to bywa po wyprawach, pierwsze dni w domu to pranie, ogarnianie mieszkania i wypełnianie pustej lodówki…

 

Wszystko wskazuje jednak na to, że nie usiedzę długo w Bimbo. Szykuje nam się bowiem kolejna wyprawa, tym razem na zachód kraju. Tam bowiem, w Bouar 11 lutego, Polak - ks. Mirosław przyjmie święcenie biskupie i obejmie stolicę biskupią w Bouar. Polaków więc zabraknąć nie może.

 

​Niech Pan błogosławi + ​