... gdyby którykolwiek brat chciał udać się między Saracenów i innych niewiernych, niech idzie za pozwoleniem swego ministra [przełożonego] i sługi.

15 czerwca 2017, Bimbo, RCA
15 czerwca 2017, Bimbo, RCA
Data: 2017-06-27

Data przynagla do pisania, ale gdy ogarniam myślą ostatnie tygodnie, trudno jakoś konkretnie powiedzieć co się działo. Spotkania, sprawy administracyjne związane z dokumentami potrzebnymi do wyjazdu braci do nowicjatu, posługa duszpasterska… Szkoda bowiem bym pisał o zmywaniu garów, o praniu ciuchów, o pompowaniu wody, rozpalaniu pieca i sprzątaniu domu. A tak właśnie mijają te ostatnie tygodnie. Na prostej codzienności. Z tym szczegółem, że w Sercu Afryki. A to nadaje tym prostym sprawom miarę apostolskiego dzieła głoszenia Dobrej Nowiny. Mówi nam o tym życie, mówi św. Franciszek, mówi Biblia. Jesteśmy jak ta lampa w ciemnym domu i jak sól w ngundzi. Póki jest, wszystko gra i nikt niczego nie zauważa. Gdy jednak brakuje, robi się problem. Toteż misjonarz jest. I wszystko gra. Gdyby jednak misjonarza nie było, to byłaby dziura.

 

Myślę, że wokół obecności kręcą się ostatnie tygodnie. Nie ma wśród nas Barnaby i to widać. Rzadziej siadamy do kawy. Z jednej strony, bo Barnaba nas motywował, z drugiej, bo mamy więcej obowiązków. Powoli szykujemy się do pożegnania Normana. Można rzec „na dobre” jeśli chodzi o Bimbo. Po urlopie Norman podejmie posługę na nowej placówce w Bouali. W tych tygodniach w rozjazdach są też nasi bracia.

 

Wpierw Maxime i Teddy. Od drugiego czerwca, tak jak zaplanowaliśmy, uczestniczyli w rekolekcjach we wspólnocie Karmelitów. Wrócili we wtorek, 6 czerwca w godzinach wieczornych. W środę mieli trochę luzu, by przygotować się do wieczornej uroczystości. W gruncie rzeczy odnowienie ślubów to żadna wielka uroczystość. W Panewnikach odbywało się to „cichaczem”, rano na jutrzni i nikt z tego fety nie robił. Podobnie odbywa się to w Kongo. Bracia rano mają zajęcia. Popołudniu gromadzą się na konferencji i medytacji by na nieszporach odnowić śluby. U nas sprawy nieco przybrały na wadze. Bo to nasi pierwsi bracia. Wydarzenie poprzedzone było pięcioma dniami rekolekcji. A i sam obrzęd stał się celebracją. Zaprosiliśmy „nasze” siostry Dominikanki oraz sąsiadów – Kapucynów. Przyjechali też wychowawca Teddy-ego wraz z żoną. Tutaj dwa słowa wyjaśnienia. Dzieci w RCA niekoniecznie wychowywane są przez rodziców biologicznych. Często się zdarza że rodzice z racji na nadmiar potomstwa przekazują swoje pociechy bardziej zamożnym członkom rodziny, którzy są w stanie zapewnić im odpowiednią formację intelektualną i zadowalający poziom życia. Toteż Teddy spędził sporą część swojego życia u Jean Baptiste. Prawdę mówiąc, nie wiem jakie jest pokrewieństwo…  Wracając do meritum sprawy… Odnowienie ślubów nastąpiło w czasie nieszporów, po czytaniu a przed responsorium. Każdy z osobna podszedł do Normana siedzącego w centrum kaplicy i wkładając swoje dłonie w jego dłonie wypowiedział słowa profesji. Norman w imieniu ministra prowincjalnego, i przez niego delegowany, przyjął wspomniane ślubowania i w imieniu Boga wszechmogącego obiecał im życie wieczne. Oczywiście po profesji każdego z braci – burza oklasków. Po afrykańsku. Później był czas na spotkanie w refektarzu. Siedzieliśmy długo. Z radością dzieląc się wrażeniami, wymieniając opinie i racząc się afrykańską kuchnią.

 

Obecność odegrała też swoją kluczową rolę w niedzielę czwartego czerwca. Sprawowałem tego dnia Eucharystię we więzieniu dla kobiet. Byłem tam już kiedyś na apostolacie młodzieży franciszkańskiej. Msza rozpoczęła się o 8:00. W więzieniu wszyscy byli punktualni : ) Przebywa tam aktualnie ok pięćdziesięciu kobiet. Zasadniczo młodych. Są dziewczyny w wieku 18 lat, spora grupa w przedziale 20-30 lat a także kilka starszych. Taki przedział wiekowy jasno daje nam do zrozumienia, że są to młode mamy. Spora grupa z nich ma ze sobą swoje pociechy. Niektóre przebywają w więzieniu same. Dzieci zostały w domu. Gdy pytam o ojca dzieci, czy zostały właśnie z nim czy z kim innym, odpowiadają: aventure (przygoda). Czyli rozumiem że dzieci zostały albo z babcią albo z siostrą albo z jeszcze kimś innym z grupy płci pięknej. Dzięki ich obecności więzienie nabiera „ludzkich” cech. Są strażnicy, kraty, zakaz wychodzenia, limity odwiedzin i słabe racje żywnościowe ale jednak kobieta ma tę zdolność że wszędzie potrafi zapalić „domowe ognisko”. Po Mszy pozwoliłem sobie chwilę przysiąść na ławce, by nieco pogawędzić. Mała grupka przysiadła się bliżej. Z rozmowy wynikło, że spora część z nich wciąż czeka na wyrok. Przebywają w areszcie już kilka tygodni, miesięcy, a niektóre nawet kilka lat (!) i wciąż nie ma w ich sprawie wyroku… Są i te szczęśliwsze, które już wiedzą, że został im rok, 3 miesiące czy kilka tygodni by dopełnić wyrok. Za co siedzą? Pewnie jak wszędzie – za kradzieże, poważne bójki, oszustwa… ale spora część … za czary. Oskarżono je by znaleźć kozła odpowiedzialnego za nieszczęście w rodzinie. I siedzą. Nie lamentują, nie wydają się agresywne… Normalne kobiety, którym w życiu coś się nie potoczyło ale ich to wielce nie zdemoralizowało. Żartują, kokietują, śmieją się… haftują, szyją, piorą, gotują… Po prostu są. A ta ich obecność sprawia, że miło było posiedzieć za kratami.

 

W inne niedziele sprawowałem Eucharystie w kościele parafialnym. Dwudziestego ósmego o 9:00, dla dzieci a jedenastego, w Trójcę Przenajświętszą na sumie o 6:30. Na Mszy dla dzieci przypadło mi przyjmowanie nowych ministrantów i odnawianie przyrzeczeń przez tych którzy już są. Msza się przedłużyła. Prawie trzy godziny. A kazanie było krótkie! : ) Zaś w uroczystość Trójcy Świętej dostąpiłem tej radości przewodniczenia sumie. Bardzo mnie to ucieszyło. Miałem też homilię. Mówiłem o tańcu. Bo jak tu „młodemu Kościołowi” w RCA, w języku sango powiedzieć co nieco o relacji Trzech Osób Boskich, które są jednym Bogiem.

 

Zacząłem od swego rodzaju captatio benevolentiae. Stwierdziłem, że jest coś, co sprawia, że Afrykańczyk jest bardziej podobny do Boga niż Europejczyk. I chyba trzeba tu przyznać rację… bo to Afrykańczyk jest człowiekiem spotkań, relacji, komunii, w przeciwieństwie do statystycznego Europejczyka, który raczej szuka samotności, separacji, dystansu i niezależności. A nasz Bóg jest Tym, który nie przestaje się spotykać, przystawać z człowiekiem, być na wyciągnięcie ręki. Jest tym który „pragnie”, który szuka drugiego i nigdy nie pozostaje na dystans. Po tym chwytliwym wstępie postawiłem kluczowe pytanie: co te Trzy Osoby Boskie robią w Trójcy? Na czym polega ich życie w Trójcy? No i wziąłem Tę Trójcę na klatę  - wedle słów Pana Glagli w dniu moich prymicji kiedy to obłóczyłem się w ornat z wizerunkiem Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego. Zmierzyłem się z wyzwaniem ukazania Trójcy Afrykańczykowi.

 

Bóg Ojciec kocha Syna, Jezusa. Nie ma dwóch zdań. I chce mu przekazać to co ma najcenniejsze. Tutaj też nie ma wątpliwości. Najcenniejszym skarbem Ojca jest Jego Święty Duch. W jaki jednak sposób może Go przekazać Synowi? Sięgnąłem ręką po przykłady z codzienności toczącej się na afrykańskiej wiosce… Gdy mam w sobie ducha radości, ducha pokoju, ducha którym emanuję, to w jaki sposób mogę go przekazać mojemu bratu? Słowa nie wystarczą. Ale gdy ten radosny Afrykańczyk zacznie uderzać w tam-tam-a i jego biodra będą mu wtórować i ręce ułożą się do oklasków zaś nogi z lekkością będą tupać o podłoże i całe jego święte ciało pozwoli się ponieść duchowi emanującemu z jego wnętrza… to nie ma mocnych, by jego afrykański brat, który stoi tuż obok nie zaczął unosić rytmicznie ramion, kiwać głową i w końcu podskakiwać w pełnej harmonii z jego bratem, który zainicjował ów taniec. Tak to wiec Ojciec przepełniony Duchem tańczy przed obliczem swego umiłowanego Syna i wypełnia Go swoją radością, pokojem i daje mu swojego Ducha. Syn nie pozostaje dłużny i wtóruje Ojcu w Jego boskim tańcu. A Duch? On to krąży między nimi przekazywany przez Ojca Synowi a przez Syna Ojcu i tworzy z nich komunię Osób, która to staje się Jednym Bogiem, panującym w wiosce.

 

Idea oczywiście nie jest wyssana z palca, bo to przecież już Ojcowie Kościoła mówili o tańcu Trójcy Świętej, czyli o tzw. Perychorezie.

 

Teologię trzeba było ściągnąć na ziemię. Człowiek został zaproszony przez Boga do tego tańca. „Przeszedł Pan przed jego (Mojżesz) oczyma…” czytaliśmy w pierwszym czytaniu. Przeszedł Ten który tańczy. Zaprosił. I dał instruktarz w postaci przykazań. Gdy jednak człowiek odrzucił ową niepowtarzalną okazję, Bóg tak umiłował świat, że posłał Swojego Umiłowanego Syna. Tutaj też zaczerpnąłem z bogactwa afrykańskiego doświadczenia. Gdy ktoś nie chce tańczyć, nie odpowiada na zaproszenie, trzeba poszerzyć krąg tańczących w taki sposób, by ów niezainteresowany znalazł się w samym środku kręgu. Tak też można zinterpretować Wcielenie Syna Bożego. Bóg poszerzył krąg, by nas nim ogarnąć. Tak oto znaleźliśmy się w samym centrum życia Trójcy. Ich życie kręci się wokół nas. Ich taniec jest naszym tańcem. Ich życie zostało nam dane. Taniec zaś jest jedną z form mojej modlitwy, mojego wielbienia, mojego uczestnictwa. A że Afryka uwielbia tak się modlić, nikogo przekonywać nie trzeba ; )

 

Między niedzielami balansujemy między nieco bardziej przyziemnymi zadaniami. Udało nam się sfinalizować przygotowywanie dokumentów do uzyskania paszportów. Bracia podchodzili trzy razy, by zalegalizować fotokopie ich aktu urodzenia, certyfikatu potwierdzającego narodowość oraz dyplomu maturalnego. Później przyszło mi zapłacić w banku za paszporty, by z potwierdzeniem wpłaty móc złożyć wniosek o paszport. Podchodziłem dwa raz, bo …za pierwszym razem nie miałem przy sobie aktów urodzenia naszych braci. Wymagali tego dokumentu przy wpłacie. Zdziwiło mnie to. Na dokumencie wpisałem imię, nazwisko, kwotę a pani w okienku domagał się potwierdzenia realności osób. Cóż, wydawało mi się, że to w moim interesie jest zadbać o to, by zapłacić za odpowiednie osoby. Przy drugim podejściu wszystko poszło gładko. W poniedziałek jesteśmy umówieni z Rodrigue, by ruszyć dalej. Wraz z nowym tygodniem podejmę znów starania o bilety do Brazzaville.

 

Wolne chwile spędzam w ogrodzie. Nie koniecznie na hamaku. Raczej staram się zapobiec realnemu zagrożeniu, że nasza koncesja zamieni się w busz. Wszystko rośnie bardzo szybko i w sposób totalnie nieuporządkowany. Więc przycinamy krzewy, kosimy trawy, obcinamy gałęzie palm, by rosły wzwyż a nie wszerz. 

 

Wciąż postępują też prace na naszej budowie. Robotnicy stawiają już mury na drugim piętrze. Z większych wyzwań pozostało nam położenie dachu. Potem już „kosmetyka”… Panie wiedzą, że może ona zabrać sporo cennego czasu. Toteż i ja nie spodziewam się rewelacji. Trzeba będzie doprowadzić wodę, prąd, wytynkować i umeblować pokoje. Oczywiście pomyślano o tym wcześniej i przewidziano drogi dla kabli i rur. Część już sterczy ze ścian i sufitów. Na dachu zagości wielki zbiornik z wodą, bodajże 2000 litrów. Prace toczą się także w mieście. Powstaje nowy most na miejsce starego, który zawalił się bodajże przed czterema laty. Warto zaznaczyć, że to most na głównej drodze wiodącej z południa kraju do Bangui (którą, nota bene uczęszczamy wybierając się do centrum Bangui). Na czas prac służy nam mały, prowizoryczny most stworzony przez żołnierzy. Remontowane są też liczne drogi, tworzone są solidne kanały mające zapobiegać erozji ulic. Bangui ma się dobrze ale wokoło wciąż leje się krew. By nieco zobrazować sobie to co dzieje się na wschodzie kraju (Bangassou, Bakouma, a grozi to także Zemio) warto zobaczyć film Shooting Dogs, przedstawiający tragiczne wydarzenia w Rwanda. Polecam Waszej modlitwie naszych braci cierpiących – chrześcijan i muzułmanów. Jedni i drudzy stają się ofiarami ducha zemsty i nienawiści.

 

Od poniedziałku w naszym domu zrobiło się trochę pusto, bo czterej postulanci wyjechali na pięć dni rekolekcji kończących roczną formację. Ich nieobecność dała nam się we znaki, bo nagle spadło na nas nieco drobnych obowiązków: dbanie o podłączanie pompy, gdy pojawia się prąd z miasta, posługa portiera przy drzwiach głównych, poranne rozpalanie pieca, odgrzewanie posiłków, nakrywanie stołu, zmywanie, zamykanie i spuszczanie psów … etc. W domu jesteśmy teraz w piątkę – Norman, Remo, ja i dwaj bracia czasowi, więc podzieliliśmy się obowiązkami.

 

Ten czas sprzyjał też temu, aby zwołać zebranie odpowiedzialnych za formację w postulacie w różnych zgromadzeniach zakonnym zainstalowanych w Bimbo. Większość postulantów uczęszcza na codzienne wykłady w Propedeutyce. Byłem na tym spotkaniu w imieniu Barnaby. Można je przyrównać do szkolnej wywiadówki. Przyszło kilku nauczycieli, byli wychowawcy i rektor. Nauczyciele podzielili się doświadczeniami i spostrzeżeniami z minionego roku. Wedle tego co mogłem usłyszeć, głównym problemem naszych młodych braci jest niski poziom intelektualny, który jest konsekwencją bardzo mizernej znajomości francuskiego. Zatroskany wykładowca filozofii w jednym zdaniu ujął wszystko – jak mam tłumaczyć skomplikowane treści filozoficzne skoro ci młodzi ludzie nie rozumieją francuskich słów, które wypowiadam. Jedna kwestia to rozumienie… ale jeszcze poważniejszy problem zaczyna się w momencie ekspresji. Mają problemy z odpowiednią odmianą czasowników… nie mówiąc już o zdolnościach pisania. Taką oto mamy przyszłość. Problem sięga oczywiście dalej … W szkołach szerzy się korupcja. Dyplomy się kupuje, egzaminy się wycenia… Świadectwo maturalne jest warte tyle co podręcznik. Gdy zatem młody człowiek staje na targu i ma przed sobą z jednej strony podręcznik i perspektywę długich godzin nauki, a z drugiej gotowy dyplom… Wybór jest prosty.

 

Przyjmując kandydatów towarzyszymy im przez 2-3 lata. W ten sposób poznajemy ich sposób myślenia, wysławiania się i praktykę sakramentalną. Nie robimy egzaminów, bo wychodzimy z założenia, że można mieć powołanie nie koniecznie posiadając dyplom (dyplom maturalny jest jednak obowiązkowy, choć nie jest on miarodajny). Zważywszy jednak na fakt, że duchowieństwo (myślę tu też o braciach zakonnych, choć nie należą oni do kleru) stanowi jedną ze znaczących grup oddziaływujących na rozwój społeczności (przez to co robią, mówią, myślą), wydaje się koniecznym, by kandydat miał pewien poziom (może wystarczy powiedzieć „by miał poziom w ogóle”). By umiał się wysłowić, by umiał napisać krótki tekst, by otworzył nieco umysł…

 

Otworzyć umysł. Ostatnio przy posiłku rozmawialiśmy o wydarzeniach w diecezji Bangassou. Padły przy tym opowieści o wojownikach-rebeliantach którzy przyjmują szczepionki i obwieszają się fetyszami które miałyby ich chronić od kul. Tacy rebelianci mieliby iść z maczetami na uzbrojonych żołnierzy, przechodzić między kulami, i masakrować bezradnych żołnierzy... Hmmm a nasi chłopcy w to wierzą. Bo słyszeli, że ktoś widział. Z jednej strony bzdura. Z drugiej… jeżeli tak spektakularne są nieraz wydarzenia związane z egzorcyzmami, to dlaczego mielibyśmy nie mówić o opętaniu tutaj, w RCA. Ci ludzie owieszają się nie wiadomo czym, piją nie wiadomo co, szczepią się nie wiadomo czym… I służą nie wiadomo komu. Nie służą Bogu. Więc biorą drugą stronę. Toteż nie wykluczone że szatan daje im moc… którą przecież posiada.

 

Toteż wracając do sedna – obecność jest niezbędna. Obecność misjonarza, obecność ludzi, którzy coś przestudiowali, obecność ludzi o otwartych umysłach i logicznym myśleniu. Ta obecność wystarcza. Pracuje powoli. Ale skutecznie. Tyle, że jest to obecność, która musi przetrwać jeszcze kilka pokoleń.