... gdyby którykolwiek brat chciał udać się między Saracenów i innych niewiernych, niech idzie za pozwoleniem swego ministra [przełożonego] i sługi.

17 czerwca 2016, Rafai, RCA
17 czerwca 2016, Rafai, RCA
Data: 2016-06-17

 

17.06.2016, Rafai, RCA

Rozpędziłem się na tyle, że trudno mi było zebrać myśli i wygospodarować trochę czasu, by zrelacjonować najnowsze wydarzenia. Trudno nie przyznać, że Euro 2016 wcale mi tego nie ułatwia. Właśnie trwa druga połowa meczu Włochy – Szwecja. Quel sacrifice!

Zacznijmy jednak od wydarzeń poprzedzających. W niedziele 5 czerwca obchodziliśmy uroczystość bierzmowania w naszej parafii w Rafai. Kandydatów było ok. 75. Msza trwała grubo ponad 3h. Ja tymczasem wyjechałem do Kpete, aby tam ucieszyć wiernych obecnością Chrystusa eucharystycznego. Uroczystością w Rafai rozpoczęliśmy cały ciąg bierzmowań w pobliskich wioskach. Wysłannik biskupa, abbé Honore rozpoczął dwutygodniową posługę na terenie naszej misji jako szafarz sakramentu. W poniedziałek wspólnie udaliśmy się do Agumar – kościoła już wymalowanego, wysprzątanego, z nowymi witrażami. O 7:30 rozpoczęła się uroczysta Eucharystia, podczas której ok. 50 młodych osób przyjęło sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. Sam obrzęd jest niezwykle ciekawy. Oczywiście istota jest niezmienna, ale pewne elementy inkulturacyjne są ciekawe… Kapłan wypowiada słowa „N. , przyjmij znamię Ducha Świętego [daję Ci znak Ducha Świętego], strzeż! [mo bata]”. W tym czasie kreśli znak krzyża olejem świętym na czole i przy ostatnim słowie uderza dłonią w policzek kandydata, a kandydat odpowiadając „strzegę/będę strzegł” [mbi bata] uderza się w pierś. Potem kapłan podaje rękę kandydatowi i przekazuje mu pokój Chrystusowy. Po obrzędzie sakramentu, wybrani bierzmowani stają przed ludem, by na głos wypowiedzieć deklarację wstąpienia do konkretnej grupy parafii. Po każdej takiej deklaracji następuje salwa braw i radości, zwłaszcza w grupie, której przybyło nowego członka. Właśnie ze względu na tę radość, tylko wybrani bierzmowańcy wypowiadają swoje deklaracje na głos ; )

Po uroczystościach wróciliśmy na misję do Rafai. Zjedliśmy obiad i Kordian wraz z abbé pozbierali manatki by wyruszyć w podróż na wschód kraju, na wschód naszej parafii. Mieli dotrzeć do Dembi (ok. 65 km) i Derbissaki (ok. 170 km). Mieli wrócić w piątek lub w sobotę… Ale wrócili wcześniej.

Ja natomiast w tym czasie miałem uzupełniać księgi parafialne. Więc na ten tydzień przypadła mi robota przy biurku ; ) Bierzmowanych, wpierw trzeba było wpisać do księgi bierzmowań. Następnie, odszukać każdego z nich w księdze chrztu, aby dopisać datę bierzmowania. Kolejno – co zabrało najwięcej czasu – koniecznym było odszukanie karty każdego z bierzmowanych, które to karty zgromadzone są w naszym biurze. Karty pogrupowane są alfabetycznie według imion. Osobno mężczyźni, osobno kobiety. Dlaczego według imion? Bo szukanie po nazwisku mogłoby się okazać syzyfową pracą. Nie ma tu nazwisk rodowych. Przy narodzinach dziecka nadaje się mu zarówno imię i nazwisko. Wedle upodobania. Czasami odnoszą się one do jakieś okoliczności związanej z narodzinami – np. Dimanche (tłum.: niedziela), Yetinzapa (tłum.: rzecz (należąca do) Boga)… Problemem przy nazwiskach jest pisownia. Na przykład nazwisko Ngomu można napisać na wiele różnych sposobów: Ngomu, Ngbomu, Mgomu, Gomu… I szczęśliwy nosiciel danego nazwiska nie raz sam nie wie, jak to się pisze. Przy imionach jest łatwiej. Choć i tu pojawiają się problemy. Na przykład można nazwać dziecko Natalie, ale może też być Nathalie, albo jeszcze prościej Natali. Rodzice sami ustalają pisownie… ale nie są w stanie odtworzyć jej po kilku latach. Trzeba wówczas skonfrontować z nazwiskiem, miejscem chrztu, datą chrztu… wówczas prawdopodobieństwo odnalezienia właściwej karty wzrasta ; )

Praca szła dość sprawnie do czasu nieodnalezionych osób… Trzeba mieć wyobraźnię, by odnaleźć zgubę. Bo czasem nade imię można zapisać zamiast przez „i” przez „y” (np. Yvone). Sęk w tym że na karcie chrzcielnej jest przez „i” a na liście do bierzmowania przez „y” ; ) Było też imię, które sugerowało mi mężczyznę, ale okazało się „być kobietą”. Już nie wspomnę. W każdym bądź razie pracowałem codziennie do środy włącznie : ) I dobrze, bo – jak wspomniałem – Kordian wrócił wcześniej.

W poniedziałek wieczorem Kordian z Abbé i z kucharzem Barou dojechali do Dembia. We wtorek, siódmego czerwca udzielono tam sakramentu bierzmowania. Zjechali się tam też mieszkańcy Gerekindo. Kolejnego dnia wyruszyli z rana do Derbissaki. Jednak po drodze spotkali ludzi którzy opuścili malutkie wioski (Kassa, Baroua), uciekając przed Tongo tongo. Tongo tongo to grupa koczownicza. Być może to jedno plemię. Nie znam szczegółów. Nie zdziwcie się też, gdyby się okazała, że za miesiąc napiszę Wam informacje całkiem sprzeczne z tym, które podaję teraz. Nie wszystko jest dla mnie jasne ; ) Jest to rebelia, która panoszy się tu na wschodzie kraju od lat. Ludzie ci mieszkają w buszu. Ciągle są w drodze. Są to całe rodziny, z dziećmi. Mieszkanie w buszu nie sprzyja komfortowi. Trudno także o jedzenie, wodę, nie mówiąc już o ubraniach. Nie wiem jaki cel im przyświeca. Wiem natomiast, że od czasu do czasu opuszczają busz, wtargają do wioski, porywają jedzenie, ubrania i swego czasu także dzieci. Przy tym dochodzi nie raz do wymiany ognia. Zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawia się ktoś uzbrojony (np. myśliwy). Tym razem, w wiosce Baroua zabito dwie osoby. Ludzie uciekli do Dembia – ok 10 km. Boją się wracać do swoich domów. Zostawili wszystko. Przyjdzie im teraz rozpoczynać na nowo – budowanie domów, karczowanie terenu na uprawy, sianie, czekanie, zbieranie. I nie jest to pierwszy raz… Do Baroua mieszkańcy dopiero co wrócili, zbudowali domy, zasadzili warzywa i mieli właśnie zebrać pierwsze plony (orzeszki ziemne i kukurydzę)… Zatrzymali się w Dembia, bo jest to duża większa miejscowość, a więc i bezpieczniejsza. W miejscowościach jeszcze większych (Zemio, Obo, Rafai) stacjonuje wojsko, więc mieszkańcy są spokojni.

W takiej sytuacji, Kordian i Abbé wrócili tego samego dnia do Rafai. Misja „wschód” zakończona. Czwartek i piątek to dni w miarę spokojne. Bez konkretnych zajęć. Miałem czas na przygotowanie homilii na niedzielę. W piątek oczywiście rozpoczęły się Mistrzostwa Europy. Więc wieczorem rozpocząłem przygodę z futbolem. Zaletą rytmu naszego życia w Rafai jest to, że rytm ustalamy sobie sami ; ) Jest kilka punktów stałych, niezmiennych. Ale są one nieliczne. Więc pozostałe można poukładać „pod siebie”. To ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że mogę tak ustawić zajęcia, by obejrzeć większość meczy. Jednak właśnie to jest też swego rodzaju minusem. Piłka nożna to jedna z tych rzeczywistości która mnie pochłania, nad którą do końca nie panuję ; ) Ale zaraz zaznaczę, że do dnia dzisiejszego wszystkich meczy nie widziałem ; )

W zaistniałej sytuacji pracuje rano. Kończę po obiedzie. Modlę się między meczami. Śpię w nocy. Mecze oglądam o 20:00, o 17:00 i czasem o 14:00 (wciąż mamy godzinę różnicy do czasu Europy).

Od nowego tygodnia rozpoczęliśmy remont w domu. Malowaliśmy salon, robiliśmy generalny porządek. Przed nami jeszcze malowanie prysznica, toalety i kaplicy. Przy salonie znajduje się mały „aneks kuchenny” (jak to brzmi w tych warunkach!), gdzie znajdują się lodówka, zamrażalka, zlew, i palnik na gaz. To pomieszczenie też malowaliśmy. Niestety nie ma tam większego przewiewu. Siedząc wiec między dwoma lodówkami, w duchocie Afryki (choć pogoda w tym tygodni była wyrozumiała: zachmurzenie, poniżej 30*C) nawdychałem się farbowych zapachów. Przypłaciłem to jakimś zatruciem – ból głowy, piekące oczy, odruch wymiotny. Przy tym jakieś problemy z żołądkiem. To wstrzymało nasze prace – mieliśmy jeszcze w tym samym tygodniu pomalować pozostałe pomieszczenia, o których już wspomniałem. Po pomalowaniu przyszedł czas na czyszczenie. Pomógł nam tu jeden z kucharzy. Trzeba było m.in. wyczyścić naszą biblioteczkę. Trudno było doprowadzić ją do ładu. Mnóstwo niepotrzebnych książek, zakurzonych, zapajęczonych… a między nimi różne owady i zdechłe pająki. Salon jest sprzątany co tydzień – rzecz jasna, ale biblioteczka jest sprzątana tylko z jednej strony – od przodu, a ma przecież więcej stron. Układanie zakurzonych książek przysporzyło mi jakichś wyprysków na rękach. Dziś jednak mój ogólny stan zdrowia wraca do normy. Trochę męczy mnie jeszcze jakaś słabość, o której już nie raz pisałem. Być może jest to jakieś preludium malarii. W tym sensie, że choroba się zagnieździła, ale organizm, póki co sam ją zwalcza. Tyle, że zużywa na to mnóstwo energii. Gdyby jednak pojawiła się gorączka, zacznę brać leki. Póki co – obejdzie się bez ; )

Ta praca niejednokrotnie z przedpołudnia przeciągała się na popołudnie. Więc z kilku meczów trzeba było zrezygnować. Zdarzyło się, że wieczorem, po modlitwach i kolacji nie miałem już ochoty na nic, i szedłem spać. Więc i mecze o 20:00 przegapiałem. Staram się jednak układać zajęcia tak, by skorzystać z dobrodziejstwa. Mistrzostwa (Europy/Świata) odbywają się co dwa lata, więc nie tak często. Poza tym, mamy teraz w Rafai szerszy pakiet kanałów TV, który po dwóch miesiącach zniknie. To też motywuje, by nie tracić okazji do tego, by zasiąść w fotelu z pilotem w ręku i nacieszyć się wyrafinowaną rozrywką ;D

Soboty przysparzają więcej „wyzwań”. To dzień spotkania z ministrantami oraz dzień spowiedzi. Więc popołudnie jest w miarę zajęte. A skoro zostaję tu na jeszcze jakieś 4 miesiące, postanowiłem bardziej zaangażować się w zajęcia z ministrantami. Przecież to przyszłość naszej franciszkańskiej misji! : ) Myślę, by bardziej zdyscyplinować tych młodych chłopców. By gorliwiej przychodzili na spotkania, a zwłaszcza na codzienną Eucharystię. Chcę wprowadzić czterotygodniowy cykl spotkań – modlitwa, konferencja, próba liturgiczna, rozrywka. Pierwsza sobota byłaby czasem modlitwy. Może jakieś nabożeństwo w kościele, może droga krzyżowa w plenerze. Przy tej okazji ćwiczyliby także swoją posługę jako ministranci. Kolejna sobota to konferencja na temat związany z ministranturą – coś o Eucharystii, o przykładzie ministranta, o postawie służby, o modlitwie… Następna sobota to próba postaw liturgicznych na Eucharystii, bądź innych czynnościach liturgicznych. Ostatnia niedziela cyklu to rozrywka – albo film, albo wspólny mecz, albo jakaś wycieczka. Ciekawe co mi z tego wyjdzie ;p Polecam to Waszej modlitwie : )

Od tego tygodnia zacząłem także naukę informatyki. Pierwsze zajęcia poprowadził Kordian, bym mógł się przyjrzeć. Potem radziłem sobie sam. Są trzy różne grupy, na bardzo podobnym poziomie. Na poziomie zero ; ) To aż zadziwiające, że ludzie siadają przed monitorem i nie mają zielonego pojęcia o tym co można tam zrobić. Lekcje zaczynają się od nauki poprawnego wkładania i (zwłaszcza) wyciągania wtyczki do/z kontaktu. Później przechodzimy do wytłumaczenia roli klawiatury i myszki („ręki która wchodzi do środka” ; )) Zajęcia skupiają się na nauce obsługi word-a. I idziemy bardzo powoli. Bardzo. Niektórzy łapią raz dwa. Szybko przyswajają sobie nowe opcje, pamiętają o niuansach, z dnia na dzień piszą coraz szybciej i poprawniej. Największy problem mają… z j. francuskim. Nie wszyscy oczywiście. Choć i mnie trzeba włączyć w to grono ; ) Nie raz śmieją się pod nosem, gdy coś im tłumaczę. Ale szybko zamieniamy to w żart ; ) Czasem oni tłumaczą mi dane słówka. Ja natomiast „podziwiam” teksty, które oni zapisują na ekranie. Mimo mojej średniej znajomości francuskiego rażą mnie niektóre błędy licealistów, którzy lada dzień będą podchodzić do matur. Fascynuje mnie natomiast ich radość : ) Zadowolenie, poczucie satysfakcji, gdy coś im się uda. Zajęcia mam prawie codziennie (bez czwartku) po 2h. Taki dobry rytm.

Jeszcze dwa słowa o tym co mnie fascynuje. Dobrze jest od czasu do czasu wydobyć małe, fascynujące rzeczy. Coraz bardziej bowiem doświadczam, że trawi mnie „szok kulturowy”. Pierwsze wrażenia – te z zeszłego roku – były tylko pozytywne. Wszystko zachwycało, interesowało. Teraz coraz częściej dostrzegam mankamenty, trudy, brak satysfakcji, i inność, która przeszkadza. Jedno i drugie trzeba przejść, by dojść do równowagi. Wracając do fascynacji.. : )

Wieczór. Przychodzę do kaplicy. Jest już po 18:00. Dookoła ciemno. Mamy trochę czasu do nieszporów, a skoro nie zabieram się za żadną lekturę, to nie zaświecam światła. W tej ciszy, którą przerywają dźwięki natury, w moim otoczeniu pojawiają się zielone, latające i migoczące światełka. Niesamowite. Bywa, że w kaplicy jest ich ponad 10. Wygląda to nieco magicznie : ) i bajecznie. Te muszki ze świecącymi się tyłkami nie są zbyt ruchliwe. Można je nawet złapać w garść. I dalej świecą. Piękniej jednak, niż zamknięte w garści, wypełniają przestrzeń kaplicy.

Choć coraz mocniej stąpam po Czarnym Lądzie i codzienność coraz bardziej powszednieje, Afryka wciąż pociąga i cieszy : )

Na kolejne tygodnie polecam naszą obecność w RCA Waszej modlitwie!

Mam wolne intencje Mszalne : ) Więc śmiało można pisać (najlepiej na maila).

Błogosławieństwa +