... gdyby którykolwiek brat chciał udać się między Saracenów i innych niewiernych, niech idzie za pozwoleniem swego ministra [przełożonego] i sługi.

21 grudnia 2018, Bimbo, RCA
21 grudnia 2018, Bimbo, RCA
Data: 2018-12-27

Drodzy Przyjaciele!

 

Mijają dziś cztery miesiące od mojego powrotu do Afryki. Mam wrażenie, że ostatnie dwa – listopad i grudzień, uciekły mi nader szybko. Zdaje się, że na początku czas mi się jeszcze dłużył, bo nasiąknął nostalgią urlopu. Jednak po pierwszych tygodniach sentymentów, Afryka wciągnęła mnie na dobre do tańca.

 

Obecnie jesteśmy na finiszu przygotowań świątecznych. Tegoroczną wigilię planowaliśmy już ponad miesiąc temu. To wówczas zasięgnęliśmy informacji w parafii św. Antoniego w Bimbo, o której godzinie planują Pasterkę. Ubiegłe lata Pasterka rozpoczynała się ok 18h00 z racji na niepewną sytuację w kraju. Informacja zwrotna naszego proboszcza potwierdziła nasze przypuszczenia – godzina raczej się nie zmieni (ostatecznie jednak Msza zaplanowana została na godzinę 20h00… nie zmieniło to już mimo wszystko naszych planów). Godzina 18h00 nijak nam odpowiadała w kontekście organizacji całego wieczoru… kiedy kolacja? Kiedy kolędy? Kiedy prezenty? W zeszłym roku byliśmy w Boali, u naszych braci. Jednak dwa lata temu pozostaliśmy w Bimbo. Jedliśmy więc przed Mszą, ale wieczorem, po Mszy nie mogliśmy się zejść do kupy… Trochę mnie to wówczas zraziło. Toteż podjęliśmy wspólnie decyzję, że w tym roku zaprosimy do nas siostry franciszkanki i dominikanki na kolację, a później, w nocy, będziemy celebrować Pasterkę w naszej kaplicy. Tak więc przybędzie nam gości, ale i ubędzie roboty. Podzieliliśmy umiejętnie obowiązki. Nam przypada usmażyć kurczaki a siostry zajmą się resztą jedzenia. W gruncie rzeczy wiele przygotowywać nie będziemy. Kto to przeje? A jak zostanie, to gdzie trzymać? W zamrażalce która nie zawsze chodzi…? a poza tym jest pełna – mamy znów krowie udo i zapas ryb. Nasz wigilijny plan wygląda następująco: spotykamy się u nas na nieszporach o 18h00. .. a nuż się uda. Później zbierzemy się przy wigilijnym stole. Nie będzie wielu polskich tradycji ; ) Jestem jedynym Polakiem w tej wspólnocie, a poza tym wychodzę z założenia, że nie ma co na siłę trzymać się narodowych tradycji będąc na obczyźnie. Polski wieczór pewnie sobie i tak jeszcze zorganizujemy. W tym nurcie także podszedłem do przygotowań. Większość dekoracji przygotowana została przez moich rodzimych braci. Podobnie Żłóbek w kaplicy. Także potrawy wigilijne są wedle ich myśli … koko na nyama m.in., czyli już niejednokrotnie wspomniana potrawa – wołowina w „trawie”. Obok tego będzie kluska kukurydziana (zamiast manioku! Chłopcy się przekonali! I dobrze, bo kukurydza jest dużo bardziej wartościowa). Będą ryby przygotowane przez Kongijki, ziemniaki przygotowane przez Kolumbijki, zupa.. po polsku z Knor-a ale nie barszczyk bo się skończyły tytki. Po wieczerzy pragniemy dać sobie jakieś 45 min (co najmniej) wytchnienia (ktoś się zdrzemnie, ktoś wypije kawkę, ktoś pospaceruje… ) by później o z góry nie przewidzianej godzinie rozpocząć Eucharystię. Wielkiego wyboru nie było… padło na mnie, by celebrować. A później nastąpi część rekreacyjna. Będą prezenty, będą śpiewy i zabawy (na które już się pali Kolumbijska zakonnica… )… a ku lepszemu trawieniu na stole pojawi się… jogurt z kuchni sióstr Franciszkanek. O ciastka zadbają Dominikanki. Nam przypadło w udziale kupić owoce. Nie wiem o której wszystko się skończy… niemniej jednak dwudziestego piątego grudnia mamy zamiar celebrować radość z Narodzenia Jezusa w naszej parafii w Bimbo o godzinie 6h30, by później, raz jeszcze w gronie rodziny franciszkańsko-dominikańskiej znajdującej się w najbliższej okolicy, zasiąść do uroczystego obiadu – resztki z nocnej uczty.

 

Niewątpliwie czas bożonarodzeniowy będzie wypełniony spotkaniami z sąsiadami i sąsiadkami. Nie zabraknie z pewności spotkania w gronie Polaków. Warta jest jednak uwagi inicjatywa, która dopiero co ujrzała światło dzienne po wielu miesiącach przebywania w cieniach zapomnienia. Cała konsekrowana rodzina franciszkańska zamieszkująca stolicę RCA postanowiła wskrzesić systematyczne spotkania rekreacyjno-duchowe. Na sam początek wszyscy zjadą się do nas, do Franciszkanów – tzn. Kapucyni (sąsiedzi zza miedzy, Włosi, Środkowoafrykańczyk i Polak), siostry Franciszkanki (Kongijki, które będą u nas na wigilii), Siostry Franciszkanki z północnej części Bangui (w większości Środkowoafrykanki) , siostry Franciszkanki z dzielnicy Ben-zvi w Bangui (siostry z Togo, z Burkina Faso i z Wybrzeża Kości Słoniowej) i siostry „z Krakowa”(sic! Nie wiem co to za zgromadzenie, ale założycielka wywodzi się z Krakowa; przynależą do rodziny franciszkańskiej; są wśród nich Burundyjki, Kongijki … ale nie ma Polki). Nie mam pojęcia ile osób przyjedzie. Każdy przyjeżdża z wałówą. Spotykamy się w niedzielę 6 stycznia na Mszy o 10h00 a później obiad.. i coś słodkiego.

 

Poza świątecznymi przygotowaniami, choć nie tak bardzo oderwane od tej aury, trwają inne prace przy naszym domu. Nasza sala wykładowa powoli jest wykańczana. Dziś pojawiły się drzwi. Wczoraj wstawiono okna. Jutro mają skończyć elektrykę. Mam nadzieję że właśnie tam zainstalujemy się na czas wigilijnej rekreacji. Na malowanie jednak czasu nie starczy. Wrócimy do tego po Nowym Roku. Naszych drewnianych krzeseł w naszej stolarni nie mogę się doczekać… wciąż „wyprzedzają nas inne zamówienia”… szewc w dziurawych butach chodzi. Więc kupiłem w innej stolarni. Ufam że się nie rozlecą. Wyglądają solidnie ale czas pokaże. Jesteśmy też w trakcie budowania tzw. Paillot-u. Można by rzec, że to weranda w kształcie walca, zadaszona liśćmi bambusa. Mieliśmy taką pod naszą ogromną palmą na podwórzu, ale z racji na budowę nowego budynku trzeba ją było zlikwidować. Teraz stawiamy podobną po drugiej stronie bramy wjazdowej. W międzyczasie wymalowaliśmy pokoje postulantów (o czym już wspominałem ostatnio) oraz ich łazienki. Skompletowaliśmy także łazienkowy asortyment – mydelniczki, półki, wieszaki, szczotki toaletowe… Po świętach chcemy „zaatakować” jeszcze korytarz w ich budynku.

 

Jak widzicie, sporo inwestujemy. Piszę o tym, bo jest to dobra sposobność, by podziękować Wam za wszelkie dary, które zostały mi przekazane na cele misji, zarówno w trakcie mojego pobytu w Polsce jak i teraz wciąż napływające. Dziękuję! Większość tych inwestycji została pokryta dzięki Waszym ofiarom. Skorzystałem też z tych pieniędzy, by opłacić wcześniej już wykonane prace w naszym nowym domu: zakup kafelek - 1250€,  dotychczas zainstalowane łóżka i szafy (wyposażono 6 z 10 pokoi) – 900€. Także wiele świątecznych wydatków (dekoracje, szopka, prezenty) zostało wspartych dzięki Waszej hojności.

 

Pozostała jeszcze spora część pieniędzy, które zbierałem na formację. Te pieniądze posłużyły nam w ostatnich miesiącach, by opłacić podróże naszych młodych braci. Wydatki te jednak zostały przewidziane w rocznym budżecie, który póki co finansuje nam Kuria Generalna OFM w Rzymie. Ostatecznie więc pieniądze zebrane w Polsce wróciły „do szuflady” na kolejne niespodziewane wydatki po tym jak Kuria Generalna pokryła nasze koszty. 

 

W woli ścisłości muszę napomnieć jeszcze jeden dziurawy koszyk, gdzie trafiają Wasze pieniądze. To biurokracja. Państwo postanowiło odnowić dokumenty obywateli i cudzoziemców zamieszkujących w RCA. Trzeba nam było wyrobić nowe prawa jazdy i dowody rejestracyjne. Do tego dochodzi opłata za nasze karty pobytowe, odnawiane co roku. Jest też inna przykra sprawa. Ci którzy wnikliwie śledzą moje maile, przypomną sobie bez problemu, że ponad rok temu, dokładnie 5 października miałem wypadek na środkowoafrykańskich drogach. Wracałem wówczas z o. bp Zbigniewem Kusym i Hieronimem do domu z miasta. Było po godzinie 18h00 więc panował już mrok, ale ruch na ulicach był jeszcze wzmożony. Tego to wieczora rozpędzony motor wyprzedzając nadjeżdżającą z przeciwka ciężarówkę zahaczył o nasz samochód i poskładał się na szutrze. Rozwaliło nam oponę, i obiło bok. Sprawa wydawała się jasna. Wedle miejscowego prawa pokryliśmy koszty pierwszej pomocy (250.000 CFA! Czyli ok 1.800 zł!). Szofer złamał nogę w udzie i był dość mocno poobijany. Ale skoro poszkodowany jest deputowanym, no to pociągnął sprawę do sądu. Wszelkie okoliczności i argumenty są po naszej stronie. Musieliśmy mimo wszystko wynająć adwokata, a wczoraj, 20.12.2018 mieliśmy się spotkać przed ławą przysięgłych… Poszkodowany się jednak nie zjawił. Przysłał adwokata z jakimś dokumentem, który odroczył sprawę na 13 lutego. Adwokata jednak trzeba było znów opłacić…

 

Tak to pieniądze powoli, powoli ciurkiem uciekają. Nie raz jest mi głupio i źle i czuję się zażenowany, że pieniądze, które przekazywane są na „biedne dzieci w Afryce”, trafiają do bogatych funkcjonariuszy… ale wciąż w Afryce.

 

Każda dana złotówka to ryzyko, że zostanie pożarta przez chciwego, mającego władzę. Każdy wysłany misjonarz to ryzyko zaprzepaszczenia powołania, życia, zdrowia i zdolności. Każde Boże Narodzenia to ryzyko, pozostania Bogiem niezauważonym. W te święta bożego ryzyka, gdzie wpatrujemy się bez zrozumienia w Ojca, który posyła swego Jednorodzonego Syna stawiając wszystko na jedną kartę, życzę Wszystkim Wam dziewiczej ufności Maryi, która podjęła ryzyko „niespaprania” Bożej Sprawy.