... gdyby którykolwiek brat chciał udać się między Saracenów i innych niewiernych, niech idzie za pozwoleniem swego ministra [przełożonego] i sługi.

22 maja 2017, Bimbo, RCA
22 maja 2017, Bimbo, RCA
Data: 2017-05-22

…by zaległości nie narosły – piszę.

 

Sobota, trzynastego maja, przywitała nas upalnym porankiem. Niebo czyste, zieleń soczysta, a nasze plany jawiły się dość przejrzyście. Rozpoczęliśmy, jak co rano jutrznią i Eucharystią. Po śniadaniu natomiast – wedle ustalonych zadań – skompletowaliśmy ekwipunek i ruszyliśmy na teren wyższego seminarium w Bimbo. W aucie, obok nas samych, znajdowały się plastikowe krzesła, skrzynka napojów, miska pełna mąki manioku, kilka bidonów z wodą, świeżo wysmażone pączki, pożyczone z propedeutyki stroje piłkarskie i piłka. Na obiekt naszych franciszkańsko-komboniańskich zmagań dotarliśmy około godziny 8:15. Pozdrowiliśmy portiera, późniejszego arbitra zawodów, i podjechaliśmy w okolice budynków seminaryjnych. Rozładowaliśmy nasze bagaże. W międzyczasie dojechało towarzystwo z SMA. Nie trzeba było długo czekać, a bracia pozakładali obuwie i wybiegli na rozgrzewkę. Część z nich, pod okiem arbitra szykowała boisko i naznaczała linie rozsypując mąkę manioku. W miarę upływu czasu słońce wdrapywało się coraz wyżej, a nasze cienie podchodziły coraz bliżej naszych stóp. W okolicach godziny 9:15 zjechali się kombonianie. Czym prędzej rozpoczęli krótką rozgrzewkę. My zaś skupiliśmy się nad wymalowanym na piasku ustawieniem naszej drużyny. Wyznaczono mi rolę środkowego pomocnika, z rolą defensywnego rozgrywającego. Tak jak lubię. (Poprawniej będzie: lubiłem… kiedyż to ostatni raz grałem na wielkim boisku?) Arbiter zagwizdał i drużyny zeszły się na środek. Rozpoczęliśmy modlitwą i błogosławieństwem. W pierwszych jedenastkach byłem jedynym Białym. Później na placu boju pojawili się też: wychowawca kombonianów – Brazylijczyk; ojciec Francesco, Południowo-Amerykanin i Norman… Polak : ) Rozpoczęliśmy pierwsze… 45 min! Do przerwy przeważaliśmy. Byliśmy częściej przy piłce, stwarzaliśmy okazje ale brakowało celnych strzałów. I ja miałem swoje szanse przy strzałach z dystansu, ale niestety przenosiłem piłkę nieco nad poprzeczką. Na naszej bramce w pierwszej połowie stanął o. Barthélémy, a w drugiej – brat Remo.  Do przerwy utrzymał się bezbramkowy rezultat. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony moją kondycją. Jakoś specjalnie nie ćwiczyłem a w miarę się trzymałem. Przypuszczam, że sporą rolę odegrała moja „wodna kuracja”. Lekarz zalecił mi, by po przebytej kuracji chininą dużo pić. Najlepiej słodzoną wodę. Więc piję co najmniej trzy litry dziennie i rzeczywiście czuję więcej sił.

 

Po zmianie stron nadal przeważaliśmy ale to przeciwnicy strzelali. Pierwsza bramka padła po rzucie karnym – naszym zdaniem nie słusznym ; ) Druga to konsekwencja naszej ofensywnej gry i braków w obronie. A trzecia… to już po prostu brak sił. Przegraliśmy 3:0. Zszedłem z boiska ok 80 min. Wcześniej się nie dało ;p Sygnalizowałem zmianę już ok 65 min., ale nie było nikogo kto mógłby mnie zmienić. W końcu ktoś się zmobilizował. Po prostu brakło mi sił : )

Po meczu zeszliśmy się pod drzewa i uraczyliśmy się tym, co każdy przyniósł. Mimo wszystko wracaliśmy z radością.

Innym kluczowym wydarzeniem ostatnich dwóch tygodni był apostolat w parafii św. Michała – rodzinnej parafii br. Maxime-a. Byliśmy tam w Adwencie. Sprawowałem wówczas Eucharystię, bracia dzielili się radością powołania. Obiecaliśmy wtedy, że wrócimy z filmem. Udało się zorganizować to spotkanie właśnie 20 maja. Planowaliśmy rozpocząć o 16h00 krótką animację – śpiew, taniec. Później miał nastąpić czas dzielenia się – o Franciszku, o Zakonie, o duchowości i o naszej codzienności. Chcieliśmy też dać okazję na pytania. Na godzinę 18.00 przewidzieliśmy film. Niestety plany nie mogły zostać w 100% zrealizowane.

 

W ostatnich tygodniach jest trochę "goręcej" w okolicach Bangassou w kierunku Rafaï. Seleka chciała objąć teren. Sprzeciwiła im się Anti-Balaka sprzymierzona z jakąś inną grupą Seleki. Trudno dziś jednoznacznie stwierdzić kto z kim walczy i dlaczego więc nie będę wchodził w szczegóły. Niemniej jednak trzeba zaznaczyć, że wielu ludzi znów zginęło. W sobotę 13 maja doszło do wymiany ognia w Bangassou i zamordowano wielu muzułmanów. A skoro zginęli muzułmanie, to będą szukać zemsty. Skoro zaś muzułmanie będą atakować, to zaatakują katolików… Dlatego sytuacja jest trochę napięta. Także w Bangui. Sławny „5km” to dzielnica muzułmańska granicząca z parafią św. Michała. Dlatego też w przededniu naszego apostolatu pytałem proboszcza, jak wygląda sprawa bezpieczeństwa. Stwierdził, że póki co nic się nie dzieje, ale trzeba być uważnym. Zasugerował, by skończyć apostolat ok 18.00/18.30. Skoro jednak godziny zostały już podane, nie mogliśmy rozpocząć wcześniej. Przyjechaliśmy na 16.00. Zastaliśmy plac kościelny zatłoczony. Sobota to dzień, gdy wszystkie grupy parafialne schodzą się w okolice świątyni/kaplicy w ramach swoich cotygodniowych spotkań. Robi się z tego jeden wielki „targ”, o ile przestrzeń przykościelna nie pozwala na swobodne rozmieszczenie poszczególnych grup. „U św. Michała” miejsca wiele nie ma. Toteż w kościele ćwiczył chór, przed kościołem „Aita kwe” („Wszyscy braćmi”) śpiewała, grała i tańczyła (oczywiście co innego niż chór w kościele), rada parafialna obradowała przy małym stoliku pod akacją, Legion Maryi śpiewał maryjną pieśń rozdzielającą poszczególne tajemnice odmawianego różańca… Nie pozostało nam nic innego, jak nieco odczekać. Rozstawiliśmy sprzęt w kościele. Okazało się zarazem, że kościół jest na tyle jasny, że obrazu wyświetlanego przez projektor widać nie było… To opóźniło nasz apostolat o kolejne cenne minuty. W rzeczywistości ograniczyliśmy się do filmu i kilku zdań na koniec. Film rozpoczął się o 17.00. Skończył o 18.40. Wyjechaliśmy ok. 18.55. Dotarliśmy bezpiecznie do domu. Okazało się tymczasem, że miasto wieczorem żyje swoją pełnią. Mimo ciemności ludzi na ulicach było pełno. Była sobota, więc to czas imprezowania. Ludzie zapalają lampy naftowe lub świece podsycane olejem palmowym. W niektórych butikach uraczono przychodzących światłem z żarówki lub jarzeniówki. Co kilkanaście metrów ktoś odpalił sprzęt grający – radio, magnetofon etc. Gdzieniegdzie smażą się banany, mięso… Życie kwitnie, ludzie się bawią, Czarna Afryka nocy się nie boi. Toteż i my z większą odwagą pokonaliśmy kolejne kilometry i w końcu dołączyliśmy do Normana i Remo, którzy już raczyli się kolacją. Nie było już z nami Barnaby, którego pożegnaliśmy 9. maja, a który następnego dnia szczęśliwie dotarł do Ojczyzny i cieszy się urlopowymi chwilami. Chwila pożegnania była znamienna. Długo zapamiętam łzy w oczach niektórych postulantów, którzy podczas nieobecności Barnaby wyjadą do Konga i wrócą – daj Bóg – za cztery lata. Takie chwile to chyba najlepsze świadectwo uznania dla pracy naszego Współbrata.

 

Codzienność zaś jak to codzienność, rewelacji nie przynosi. Udało mi się już zatwierdzić rekolekcje dla naszych dwóch braci – Maxime-a i Teddy-ego. Od drugiego czerwca spędzą pięć dni u karmelitów. Tam ojcowie zapewnią im praktycznie wszystko – od strawy cielesnej po duchową. Miejsce jest idealne – niedaleko naszego domu, a jednak na jeszcze większym uboczu. Dużo miejsca na spacery, medytację i odpoczynek. Poza tym – cisza. No i karmelitański duch modlitwy. Cieszę się, że się udało.

 

Sprawy wyjazdowe – moje i braci zmierzających do nowicjatu – stanęły w miejscu. Odwołano bowiem bezpośrednie loty z RCA do Kongo-Brazzaville. Jeśli nic się nie zmieni trzeba będzie lecieć przez Kamerun. Jest jednak nadzieja, że w połowie czerwca loty zostaną wznowione. Czekamy. W przyszłym tygodniu chyba uda się rozpocząć załatwianie paszportów – najpierw czyniąc kopię aktu urodzenia i dokumentu potwierdzającego narodowość środkowoafrykańską, które trzeba będzie zalegalizować w merostwie. Prosta sprawa. Ale tutaj proste sprawy nadmuchiwane są do niewyobrażalnych rozmiarów ; ) Później zdjęcia i uderzamy do Messieurs Rodrigue, który będzie naszym przewodnikiem w "wycieczce po urzędach", w celu uzyskania paszportu.

 

Tak jak zaznaczyłem ostatnio, przejąłem obowiązki Barnaby. W niedzielę 14 maja odbyłem spotkanie z trzema kandydatami – czwarty nie dotarł. Zaś wczoraj sprawowałem Eucharystię w szpitalu.

 

Udało mi się też posunąć do przodu pracę z folderami powołaniowymi. Teraz prace toczą się w Polsce, co polecam Waszej modlitwie!

 

Tymczasem z serca błogosławię i życzę pięknych majowych dni! +