Bracia zaś, którzy udają [się do niewiernych niech] nie wdają się w kłótnie ani spory, lecz winni być poddanymi "wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga" (1 P 2, 13) i przyznawać się do wiary chrześcijańskiej.

23 sierpnia 2018, Bimbo, RCA
23 sierpnia 2018, Bimbo, RCA
Data: 2018-08-23

Ślę serdeczne pozdrowienie Wam, za którymi tęsknię!

 

Od dwóch dni stąpam na powrót po środkowoafrykańskiej ziemi. I są to kroki lekkie, radosne i pewne. Lekkie, bo pełne nowego zapału i entuzjazmu, radosne, bo wszystko mnie tu znów cieszy, pewne, bo czuję się tu „u siebie”.

 

Ostatnie dni mojego urlopu spędziłem w Otwocku – na rekolekcjach i w Warszawie, wyczekując mojego lotu do Serca Afryki. Cóż… nie będę się wiele rozwodził nad czasem urlopu. Dziękuję tym, z którymi mogłem się spotkać, przepraszam tych, dla których nie znalazłem chwili…

 

Był to dobry czas. Bardzo napięty – wiele spotkań, wizyt, odwiedzin, ale były to chwile radości i pokoju. Wiele wspomnień zachowam na lata!

 

Moją podróż do afrykańskiego domu rozpocząłem z samego Śródmieścia stolicy, o godzinie 4:00. Taksówką podjechałem z moimi tobołami na lotnisko Chopina. Małe zdziwienie wzbudził mój dokument uprawniający do wjazdu do RCA (pokwitowanie wydawane co 3 miesiące, w zamian za kartę pobytu której druk wstrzymano jakieś 1,5 roku temu). Na dokumencie poza moim imieniem nie ma nawet nazwy kraju… Ale pracownicy lotniska zaufali na słowo, podeszli z wielką wyrozumiałością i puścili dalej. Raz przepuszczony szedłem jak burza… Samolot z Warszawy odleciał punktualnie o 6:25, a przyleciał do Paryża nieco wcześniej niż przewidywał rozkład. Miałem więc trochę więcej czasu na odnalezienie bramki dla kolejnego etapu lotu. Na lotniskach czytałem, a w samolocie spałem… Jakoś mnie zmorzyło pourlopowe zmęczenie… ; )

 

Z Paryża wyruszyliśmy z 40 minutowym opóźnieniem. To zwiększało szanse, że pracownicy lotniska zdążyli przepakować moje torby. W powietrzu natomiast nadrobiliśmy stracony czas. Siedziałem przy oknie i okazało się to wielkim szczęściem, bo bezchmurne niebo odkryło przede mną piękno Ziemi. Widziałem wiele. Od rozłożystych, francuskich miast, przez wybrzeże lazurowe w okolicach Montpellier, ogrom Morza Śródziemnego, tunezyjskie plaże, po afrykańskie lasy. To co wywarło na mnie jednak największe wrażenie to Sahara. Było czymś niezwykle przejmującym, że nad pustynią lecieliśmy dobre 3h! Sahara jest ogromna i nigdy nie zdawałem sobie z tego tak mocno sprawy. Ogrom piachu, a gdzieniegdzie malutkie (z tej perspektywy) osady i cienkie, pojedyncze nitki dróg, ciągnące się miedzy nimi długimi kilometrami… Zapierało dech w piersiach. Chciałbym tam kiedyś zajrzeć : )

 

W międzyczasie oczywiście dobrze nas karmiono i pojono. Turbulencji wiele nie było, a lot przebiegał wedle planu. Trochę poczytałem, trochę popracowałem na komputerze, obejrzałem połowę filmu „Głupi i głupszy” a w większości pospałem.

 

Nad Republikę Środkowoafrykańską wlecieliśmy ok. 15:00 miejscowego czasu (16:00 w Polsce). Wylądowaliśmy w szczerym polu – które znajduje się w bliskim sąsiedztwie stolicy, na pasie startowym obok którego spacerują ludzie. Drzwi otwarto i zaciągnąłem się afrykańskim powietrzem. Było pochmurno, deszczowo, niezbyt gorąco. Nie poczułem wielkiej różnicy w porównaniu z Polską. Przeszliśmy do budynku. Tam sprawdzono nasze karty szczepień, poproszono o wypełnienie ankiety dla policji, sprawdzono nasze paszporty i wprowadzono do sali odbierania bagaży. Było dość ciasno i głośno, ale odczekawszy swoje odebrałem bagaże i przy pomocy bagażowego wyszedłem na zewnątrz, gdzie – ku mojemu zaskoczeniu – czekał sam br. Remo i dwaj bracia postulanci: Moise i Christ. W drodze zdaliśmy sobie oględną relację z nowinek i przedzierając się przez centrum miasta dotarliśmy ok 17:30 do domu w Bimbo. Tu czekał na mnie … Norman!, który przyjechał odebrać sprowadzony z Europy samochód dla wspólnoty w Boali, oraz pozostali bracia: Maxime, Thibaut, Jean Claude i Barthelemy. Przyjęto mnie bardzo życzliwie i z radością. Pierwsze kroki skierowałem do kaplicy, by sprawować Eucharystię. Potem dopiero, gdy bracia odprawiali nieszpory, ogarnąłem bagaże i zainstalowałem się w moim pokoju. Naprawdę poczułem się u siebie. Wróciło wiele wspomnień, przeżyć, emocji. Przy kolacji posililiśmy się dobrą zupą, maniokiem, mięsem w „trawie koko”. Popijaliśmy czerwone wino, które br. Remo otworzył przy tej okazji. Wieczorem usiedliśmy jeszcze na chwilę, by zakosztować tego co dobre, a co polskie… więc m.in. kiełbasa, Prince Polo etc. Nie przeciągaliśmy jednak tej chwili zbyt długo, bo zmęczenie brało górę i poszliśmy spać.

 

Pierwszy dzień, to czas rozpakowywania, porządkowania i sprzątania pokoju. Następnego dnia jednak już trzeba było włączyć wyższe obroty, bo oto otrzymałem wiadomość, że cargo wysłane z Polski przez naszych braci, dotarło do Bangui i trzeba je odebrać. Toteż dziś z samego rana pojechałem z Rudolfem, naszym dobrym znajomym. On zajął się formalnościami (bo Biały miałby więcej problemów), a ja zrobiłem zakupy, by uzupełnić nieco przetrzebioną spiżarnię.

 

To zaledwie kilkadziesiąt godzin mojego pobytu na Czarnym Lądzie, ale tego nie czuję. Odnalazłem się i zaaklimatyzowałem bardzo szybko. Pogoda nie dokucza. Wciąż jest pochmurno, codziennie pada. Aklimatyzacji sprzyjają też inne szczegóły … woda w moim pokoju, pod prysznicem i przy umywalce płynie pod bardzo słabym ciśnieniem. Rury chyba wzięła rdza. Trzeba to będzie prześledzić. Zaś na moim ciele pojawiły się już jakieś małe wypryski – jakby po ugryzieniu jakiś małych muszek… Już to kiedyś miałem, więc czuję się „u siebie” : )

 

Raz jeszcze gorąco Was pozdrawiam i błogosławię ! +

Do „zaś”!