Żaden z braci niech nie głosi kazań wbrew praktyce i zarządzeniom świętego Kościoła i bez pozwolenia swego ministra (...). Wszyscy jednak bracia niech głoszą kazania czynami.

25 kwietnia 2019, Bimbo, RCA
25 kwietnia 2019, Bimbo, RCA
Data: 2019-04-27

Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie zmartwychwstał! Alleluja!

 

Moi Drodzy! W oktawie Wielkiej Nocy spoglądam wciąż na scenę wymalowaną przed nami w Księdze Wyjścia, kiedy to Izraelicie docierają do Morza Czerwonego i wpadają w pułapkę bez wyjścia. Opuścili Egipt, ich przekleństwo, oddalili się już na dość sporą odległość. Przed nimi jednak spora przeszkoda, „nie do przeskoczenia”. Na domiar złego, za ich plecami pojawia się armia Egipcjan, którzy ścigają „zbiegłych niewolników”. I oto Pan staje do walki przeciw Egipcjanom, nie pozwala, by nieprzyjaciel zbliżył się do Ludu Wybranego. Przed Izraelem jednak droga zamknięta i brak wyjścia. Myślę, że każdy z nas odnajdzie się w tej rzeczywistości – chwili gdy wydaje się, że sprawy toczą się już we właściwym kierunku, że to co dawne minęło, że czekamy na nowe… a oto przed nami ściana. I nie wiem jak Wy, ale mam to błogosławione doświadczenie, że sam Pan walczy na moim miejscu, a mnie niejako oddziela od nieprzyjaciela słup światła i obłoku. Tak się czuję: daleko od Egiptu, ale jeszcze nie wolny, jeszcze nie „u siebie”, jeszcze nie w bliskości z Panem. Stoję przed morzem, przeszkodą nie do pokonania. Jak kobiety przed grobem zapieczętowanym i strzeżonym. I czekam. I czekam. Może w końcu Mojżesz się ulituje, podniesie rękę na błogosławieństwo a Pan powiewem wiatru rozdzieli morze i mnie przeprowadzi, przybliży do Ziemi Obiecanej.

 

Życzę każdemu z Was doświadczenia przejścia, byście mogli przystąpić do przedsionka Pańskiego.

 

Bardzo analogicznie ma się sprawa z naszą afrykańską pogodą. Pora sucha już niby za nami, najgorętsze miesiące się skończyły, ale deszczu tośmy jeszcze nie uraczyli. W Wielkim Tygodniu było trochę bardziej rześko. Chmury wisiały na sklepieniu i tylko czekały na rozkaz, by lunąć. Ale nie popadało za wiele: nieco w czwartek. Od niedzieli zaś wróciła duchota. Noce na powrót stały się uciążliwe toteż sypiam na zewnątrz. Przedłużająca się pora sucha stała się przyczyną braku wody w naszej dzielnicy. Wpierw susza dotknęła studnie ogólnodostępne, gdzie woda się wyczerpała. Ludzie przemierzają kilometry, by zdobyć kilkadziesiąt litrów wody. W końcu przyszło i na nas… Nasza 43-metrowa studnia (niby głębinowa, ale oszukano nas przy odwiercie – doszli jedynie do 43m, gdzie znaleźli wodę) wyczerpała się. Z każdym dniem coraz trudniej było napompować nasze dwa 2000 –litrowe zbiorniki. W końcu pompa przestałą pompować. Sprawdziliśmy więc czy chodzi, wyczyścili nieco, obniżyli nieco poziom zawieszenia i pompa znów zaczęła pompować. Jednak przez brak wody, wszystkie rurki się zapowietrzyły, więc trzeba było wzywać hydraulika, by udrożnił przepływ wody. Dzięki tym zabiegom odzyskaliśmy dostęp do wody ale tylko na kilka dni. Teraz znów problemy wróciły. Woda nie nadąża gromadzić się w niecce, z której pompujemy wodę. Toteż musimy pompować niedużo w dużych odstępach czasowych. Póki co wody nam jeszcze nie brakuje, ale z niecierpliwością czekamy na deszcze, by podniósł się poziom wód gruntowych. W razie czego, u sióstr Dominikanek wody jest jeszcze pod dostatkiem : )

 

Wielki Tydzień rozpocząłem Mszą świętą Męki Pańskiej w wiosce o nazwie Bimon. To jedna z większych kaplic parafii św. Antoniego z Padwy – parafii do której przynależymy, gdzie pracują księża z diecezji tarnowskiej. Pojechaliśmy we dwóch, z ks. Szymonem z racji na dużą liczbę osób pragnących się wyspowiadać. Rzeczywiście spowiadaliśmy niecałą godzinę przed Msza. Niedziela Palmowa to wielkie święto dla Afrykańczyków, przede wszystkim z racji na palmy. Lubią ten zwyczaj, toteż przygotowują palmy w różnych rozmiarach i przywiązują dużą wagę do momentu gdy się je błogosławi. W czasie procesji z radości nimi wymachują. Poniektórzy kładą pod nogi służby liturgicznej wkraczającej do kaplicy. Posadzka usłana jest także różnymi materiałami, na wzór drogi do Jerozolimy którą Jezus pokonał na osiołku w dniu uroczystego wjazdu do Miasta Świętego.

 

Kolejne dni tego niezwykłego tygodnia poświęcone były przygotowaniom – wpierw tym materialnym, później i duchowym. Były zakupy, przygotowanie barana na Wielki Czwartek, robienie pisanek a także przygotowanie homilii na Wigilię Paschalną, spowiedzi w kaplicy sióstr Benedyktynek i czas modlitwy osobistej.

 

W Wielką Środę, już tradycyjnie, kapłani archidiecezji zjechali się na dzień skupienia z okazją do spowiedzi. Wieczorem natomiast spotkaliśmy się w dużo większym gronie, w katedrze na Mszy świętej Krzyżma. Po Mszy Arcybiskup ugościł nas na obfitej, świątecznej kolacji.

 

Warto napomnieć, że tego też dnia wyjechała w końcu ciężarówka do Rafai o której już nie raz wspominałem. Doszły nas wieści że po 10 dniach drogi dotarła na miejsce.

 

W Wielki Czwartek zostaliśmy natomiast zaproszeni przez księży Polaków na, „kapłański obiad”. Później, prawie że bezpośrednio pojechałem do kaplicy sióstr Benedyktynek, by dać okazję do spowiedzi wiernym, którzy mieszkają w jej okolicy. Wieczorem udaliśmy się na Mszę Wieczerzy Pańskiej do parafii. Wróciliśmy ok 20:30, i zasiedliśmy do uroczystej kolacji. W Wielki Piątek pościliśmy, jak to Kościół nakazuje. Posiłki były w tym dniu dobrowolne. Spotykaliśmy się jedynie na modlitwie brewiarzowej. Wieczorem, po spowiedzi u Benedyktynek, wraz z dwoma braćmi pojechaliśmy na Liturgię Męki Pańskiej do katedry, w Bangui. Byłem bardzo zbudowany liturgią. Ładnie przygotowana, spokojna, prosta. Katedra była pełna i można było zobaczyć – ku mojemu pokrzepieniu – wiele rodzin katolickich. To niestety rzadki widok, ale w „centrum środkowoafrykańskiego Kościoła”, w Kościele Matce, sakrament małżeństwa zagościł w progach pewnej grupy rodzin. To bardzo mnie ucieszyło. Wróciliśmy po 2,5h celebracji. W sobotę natomiast rano byłem zmuszony zajrzeć jeszcze do centrum miasta, ale już ok 10h00 byłem z powrotem. W ten to sposób znalazłem chwilę jeszcze by zanurzyć się w Słowie. Był to dla mnie ważny dzień, ważny wieczór. Słowo które przygotowywałem na homilię pobrzmiewało we mnie przez cały tydzień, bo idea o przejściu morza przyszła mi już w poniedziałek lub wtorek. W czwartek nade wszystko skupiłem moją uwagę wobec słowa „bierzcie”. Mocno uderzyło mnie przeświadczenie o tym jak wiele otrzymałem, w jak niepojętej tajemnicy uczestniczę przez Kapłaństwo. Zaintrygował mnie także fakt, że Jezus po obmyciu nóg Apostołom wycierał je prześcieradłem. To słowo – wycierać – może mieć także inne znaczenie, a mianowicie „kształtować”. Odniosłem to zatem do mojego Kapłaństwa, które już zostało mi dane, ale wciąż jest jeszcze obmywane, ocierane, kształtowane. Piątkowe rozważanie Męki Pańskiej pociągnęło mnie w Jezusowym Słowie „pragnę”. Pozwoliłem sobie na medytacji nie hamować moich pragnień. Jakoś do mnie doszło, że choć tak wiele otrzymałem, to jednak wciąż mi mało, że to co mam tylko budzi apetyt… Z takim stanem duszy wchodziłem w uroczystości Paschalne, które w moich rozważaniach skupiały się wobec przejścia. Odkryłem w opowieści o przejściu morza moją własną sytuację: obdarowany, wyzwolony, wyprowadzony, prowadzony i strzeżony… stoję przed czymś co mnie blokuje i co zarazem rozbudza pragnienie, by przejść na drugą stronę. Uroczystość paschalna stała się dla mnie zaproszeniem, by wejść w korytarz między dwoma ścianami wód, gdzie Tchnienie Pana wytoczyło ścieżkę.

 

Popołudniu udałem się znów do Benedyktynek by kontynuować spowiedź i sprawować Liturgię Wigilii Paschalnej. Choć było po Afrykańsku, to jednak mogłem przeżyć istotę tych celebracji. Po trzech latach w Afryce muszę stwierdzić, że „święta” nabierają nowego kolorytu. Tak jak wcześniej wspominałem polskie zwyczaje, tak teraz więcej uwagi przywiązuje do miejscowych zwyczajów i rozwiązań. Najtrudniejszy jest zawsze moment procesji. Gdy paschał rusza od ogniska, drzwi się otwierają i… cały tłum dosłownie biegnie do wnętrza kaplicy… Coś na wzór kabaretu o otwarciu nowego supermarketu. Wówczas trzeba mi było się zatrzymać, solidnie rozstawić nogi, mocno trzymać paschał i nie dać się zwalić nacierającemu tłumowi. Gdy pierwsza fala przeszła mogłem odśpiewać „Światło Chrystusa” i ruszyć ku ołtarzowi. Cała liturgia trwała 3h. Skończyliśmy po 22h00 więc do domu dojechałem spóźniony. Braci zastałem przy stole jak wcinali wołowinę z warzywami. Dosiadłem się. Mniej więcej około 23h00 wstaliśmy od stołu i powoli udali się na spoczynek.

 

W niedzielę wyruszałem na wioskę. Niedaleko. Ewangelia natchnęła mnie myślą o naszym zaangażowaniu w Kościele: część widzi grób z daleka i wraca do siebie – jak Maria Magdalena. Inni przybiegają do progu, ale nie wchodzą – jak Jan. Są i tacy którzy odważnie wchodzą do środka, angażują się i wychodzą umocnieni – oto postawa Piotra. A przy tym pociągnął za sobą Jana, który także wszedł i uwierzył. Tylko Ci którzy dotykają serca, otwierają się na spotkanie z Jezusem. Suma summarum, Maria także, dopiero gdy zajrzała do środka grobowca – o czym słyszeliśmy kolejnego dnia w Ewangelii - rozpoczęła drogę do spotkania z Jezusem.

 

W poniedziałek młodzi bracia wyjechali do swych domów rodzinnych, by wrócić tego samego dnia na wieczorne modlitwy. My natomiast – z Kordianem i Raymond-em, oraz z braćmi z Boali, którzy dołączyli do nas w niedzielne popołudnie, pojechaliśmy na obiad do restauracji. Miejsce bez szału, typowo „środkowoafrykańskie” ; ) Menu niezbyt rozbudowane – kura lub gazela lub sibisi (taki duży szczur). Trochę trzeba było poczekać ale zjedliśmy ze smakiem. Dziczyzna pierwsza klasa!

 

Od wtorku podjęliśmy znów swoje obowiązki. Dziki obecności Kordiana nieco reperowaliśmy hydraulikę w naszym domu oraz ogarniali podwórze. Jesteśmy w trakcie odnawiania dokumentów: kart pobytu, dowodów rejestracyjnych i dokumentu prawa jazy. Dzięki tym dokumentom stwarzamy wrażenie dość „postępowych” ; ) Obiektywnie nic się jednak nie zmieniło – wciąż jesteśmy ostatnim krajem na liście ONZ…

 

Kordian spędził z nami kilka tygodni po tym jak wrócił z Wybrzeża Kości Słoniowej. Teraz jednak przygotowuje się do wyjazdu do Rafaï, by zastąpić Hieronima, który lada dzień przyleci do Bangui by przygotować swój wyjazd na wakacje do Polski. Czas szybko leci. Na każdego przychodzi kolej ; )

 

Moi drodzy, pozdrawiam Was gorąco i błogosławię! Do usłyszenia! +