... gdyby którykolwiek brat chciał udać się między Saracenów i innych niewiernych, niech idzie za pozwoleniem swego ministra [przełożonego] i sługi.

26 listopada 2017, Bimbo, RCA
26 listopada 2017, Bimbo, RCA
Data: 2017-11-26

Szczęść Wam Boże! 

 

W dniu franciszkańskiego święta Wszystkich Świętych Rodziny Franciszkańskiej przesyłam Wam gorące życzenia świętości! Niech pokorne bratanie się z pyłem ziemi doprowadzi nas do chwały nieba! 


Radość naszej wspólnoty jest tym większa, że właśnie dziś w naszym domu witamy i oficjalnie przyjmujemy dwóch nowych postulantów z Rafaï. W połowie listopada przystąpili do matury w Rafaï i po ogłoszeniu pozytywnych wyników rozpoczęli bezpośrednie przygotowania. W poniedziałek (27.11) dotarli na motorach do Bangassou a we wtorek wojskowym samolotem dotarli do Bangui jako „uchodźcy”. Można by rzecz, że naciągane, ale niestety sytuacja na wschodzie kraju wciąż jest poza kontrolą i rebelie panują. Okolice Rafaï pustoszeją ale sama misja jak na razie trwa w pokoju. 
Jesteśmy też w kontakcie z kandydatem z Bangassou, który przygotowuje swój wylot do Bangui. To oznacza, że postulat w tym roku rozpocznie trzech braci. Doliczyć należy jeszcze brata Prince, który jest na drugim roku postulatu. Poza nim: Dominique, Thibaut i Maxime. No i zostają jeszcze profesi wieczyści – Barnaba, Barthélemy i ja. Brat Remo wyjechał na kilka tygodni w celu podleczenia zdrowia. Dotrze do nas przed Bożym Narodzeniem. 
Będzie nas zatem wszystkich jedenastu. W domu tego jednak nie widać. Bracia na profesji czasowej kontynuują swoją formację. Maxime i Dominique codziennie wyjeżdżają do miasta ok godziny 7:00. Wracają – w zależności od dnia – ok 16:00 lub później. Nie ma ich praktycznie w domu. Thibaut formujący się w stolarce, pod nieobecność br. Remo zarządza pracą przy budowie. Pochłania go to w pełni, więc mimo iż jest „na miejscu” to wciąż gdzieś wychodzi, dogląda, ogólnie – kręci się.

 
Podjęte przez nich zadania pozwalają nam też na szersze spojrzenie na ich osobowość i sposób praktykowania franciszkańskiego powołania. Z wielką przykrością dostrzegamy, że ich niski (a nieraz opłakany) poziom intelektualny rzuca cień praktycznie na wszystkie sfery ich życia. Przychodzi nam stwierdzać, że ci chłopcy zdają się być pogubieni w codzienności. Zatracają to co istotne, brak im wyobraźni i szerszego spojrzenia na rzeczywistość. Mają sporo zalet. Widać wielkie serca, gotowość, zaangażowanie i ofiarność, ale bez rozsądku wszystko się zapada. Problem ma swoje dwa oblicza. Z jednej strony są to ich zaniedbania w edukacji. Nieraz wynikają z lekceważenia, innym razem z poziomu edukacji w RCA. Niedawno jeden z nich podczas osobistych rozmów przyznał mi otwarcie, że jest mocny w jednej materii ale z inną sobie nie radził i tylko dobra sytuacja finansowa rodziców pozwoliła mu na przejście egzaminów i kontynuowanie edukacji. Druga strona to ich wrodzony poziom inteligencji (IQ). Nie starałem się dochodzić ile on wynosi, ale bez dwóch zdań – jest niski. 


Jest to przykre a jednocześnie nie do przeskoczenia. Problem z którym my borykamy się w formacji dotyczy zasadniczo całego kraju. My obawiamy się czy nasi młodzi bracia będą w stanie odpowiedzialnie przejąć w swoje ręce losy Fundacji, a jednocześnie widzimy, że Środkowoafrykańscy nie mają predyspozycji, by zarządzać swoim krajem. To też problem złożony. Jest tu „ręka z zewnątrz” która wstrzymuje rozwój, ale jest też nieporadność miejscowych. Często można usłyszeć taką autokrytykę w radio. Jeden z rodzimych pastorów ganił swoich ziomków, że nie wprowadzą porządku w kraju dopóki nie zadbają przynajmniej o to, by busz nie wchodził im do domu (podkreślał w ten sposób lenistwo, które sprawia, że człowiek nie dba nawet o swój mały plac przy domu). Wszystko co dobre i konstruktywne w tym kraju niestety pochodzi z zewnątrz. Nie ma żadnej produkcji miejscowej (poza alkoholem i mydłem), nie ma żadnego eksportu. Ludzie czekają, aż ktoś im coś da. 


Ostatnio pracowałem nieco przy drodze – zasypywałem dziury gruzem z naszej budowy. Byłem tam może 30 min. W tym czasie jedna kobieta zatrzymała się przechodząc, i zaczęła mi wyjaśniać jej trudną sytuację oraz prosiła, bym zapłacił szkołę dla jej dzieci. Później przyszła grupa młodych. Stali i patrzyli. Potem zapytali dlaczego nie najmę ludzi do tej pracy. W końcu zapytali, czy nie mam jakiejś pracy dla nich. A skoro ich nie nająłem, no to poszli kwitując, że wcześniej to oni naprawiali tę drogę zniszczoną deszczami, ale teraz to nasza ciężarówka ją tak zniszczyła, więc w gruncie rzeczy dobrze robię, że ją naprawiam. PAN dał mi wówczas wystarczająco cierpliwości, by chwycić za łopatę i zaciskając usta wrócić do pracy. 


Z upływem dni i tygodni dostrzegam, że Bóg coraz bardziej wprowadza mnie na swoją niwę. Otwiera się przede mną wciąż wiele nowych wyzwań. Wcześniej martwiłem się, że mam mało zajęć, że dużo wolnego, że nie bardzo wiedziałem za co się wziąć. Wtedy to spowiednik podsunął mi myśl, że Bóg, jak dobry Ojciec powoli wprowadza mnie na swoje włości. Powoli, bym się przyzwyczajał i sukcesywnie asymilował. Dziś widzę, ile w tym jest mądrości. Każdy dzień odkrywa nowe realia i wyzwania. W ostatnim czasie poza posługą w domu przyszło mi także sporo siać na polu duszpasterskim. Pojawiły się comiesięczne rekolekcje u sióstr, wznowiliśmy konferencje dla naszych braci (postulantów i profesów czasowych) i dla innych wspólnot, homilie – te codzienne i te okazjonalne oraz kierownictwo duchowe – w propedeutyce i pośród innych zgromadzeń zakonnych a także pośród świeckich. To wszystko zabiera sporo czasu ale na obecną chwilę, jeszcze mnie to nie przerasta. I w gruncie rzeczy – cieszy.