... gdyby którykolwiek brat chciał udać się między Saracenów i innych niewiernych, niech idzie za pozwoleniem swego ministra [przełożonego] i sługi.

27 kwietnia 2016, Bimbo, RCA
27 kwietnia 2016, Bimbo, RCA
Data: 2016-04-27

 

27. 04. 2016, Bimbo, RCA

temperatura w ciągu dnia 31 ͦC

„Niemądry to wędrowiec, który pociągnięty urokiem ukwieconych łąk zapomina, dokąd miał zamiar skierować swe kroki”. Tak, po prawie pięciomiesięcznym pobycie w Europie przyszło mi wrócić na Czarny Ląd, do Republiki Środkowoafrykańskiej. Choć tym razem ukwiecone łąki opuszczało się dużo trudniej niż ostatnio…

Do Polski przyleciałem 9 grudnia 2015 roku. Pierwsze kroki skierowałem do Panewnik i do Rachowic. Święta spędziłem w Panewnikach. Z końcem roku świętowaliśmy zaślubiny mojego brata – Tomka z Karoliną a już w połowie stycznia wyleciałem z Dorianem do Paryża na szlifowanie języka. Po siedmiotygodniowym pobycie w klasztorze braci mniejszych na Marie Rose wróciłem do Polski. Przyszedł czas spotkań z rodziną, z przyjaciółmi. Jeszcze przed Wielkanocą odprawiłem swoje coroczne rekolekcje – tym razem u sióstr klarysek od Wieczystej Adoracji w Elblągu (jeszcze raz: Dzięki!), by z odnowionym duchem wkroczyć w Wielki Tydzień, który spędziłem w Panewnikach, ubogacając się posługą w konfesjonale. Triduum w panewnickiej bazylice to zawsze wielkie przeżycie. Miejsce to, sprzyja doświadczaniu piękna Misteriów Paschalnych. Niezwykle cieszę się, że mogłem ten czas spędzić właśnie w tym Domu. A przecież miałem być w tym czasie w Brukseli… kurs jednak odwołano i opatrznościowo nie było mnie w miejscu zamachów terrorystycznych.

Praktycznie od Poniedziałku Wielkanocnego byłem w domu rodzinnym. Rachowicki dom stał się bazą wypadową. Wielkim dobrem wyciągniętym przez Pana Boga z pokreślonych planów uczestnictwa w trzymiesięcznym kursie misyjnym w Brukseli, była możliwość uczestnictwa w święceniach kapłańskich naszych braci w Panewnikach. Uroczystość miała miejsce drugiego kwietnia, w sobotę. W niedzielę Miłosierdzia Bożego wybrałem się na prymicje naszych braci – zajrzałem na chwilę do każdego z ich – Hieronima, Dyzmy, Archanioła i Metodego. Pozostali neoprezbiterzy swoją uroczystość prymicyjną świętowali w innych terminach i nie było mi dane ich odwiedzić. W ciągu tygodnia pozostawałem w domu przygotowując się do intensywnego weekendu. W piątek przyjechałem do Panewnik, by się zaszczepić oraz być dać się zmierzyć naszemu krawcowi – bratu Markowi. W ostatnich tygodniach bowiem sprowadzono z Włoch bardzo lekki materiał na habity. Poprosiłem więc o habit dla mnie i wróciłem do Afryki bardziej przystosowany do tutejszych warunków klimatycznych. Po jednym dniu trudno oceniać efekty – pocę się nieustannie… ale tak ponoć zawsze wyglądają pierwsze dni w Afryce… potem ciało się zaaklimatyzuje. Wracając do Panewnik.. tego dnia byłem lekko zachrypnięty więc szczepienia nie wypaliły… Popołudnie to spotkania z przyjaciółmi w Panewnikach. W sobotę rano pojechałem do Chorzowa, do centrum młodzieżowo-powołaniowego, by podzielić się afrykańskim doświadczeniem w kontekście uczynku miłosierdzia „pocieszać strapionych”. Stamtąd pojechałem prosto do domu na rodzinny obiad. Wieczorem podejmowałem już posługę w rachowickiej parafii – niedzielne homilie w Sierakowicach i Rachowicach. Po nich zaś pojechałem do Goszyc, odpowiadając na zaproszenie mieszkańców, by przedstawić naszą misyjną pracę w RCA. Był to niezwykły czas dzielenia się, opowiadania i wizualizacji tego co jest naszym udziałem w Afryce. Prezentując tę rzeczywistość słuchaczom, sam niejako na nowo uświadamiałem sobie, co Pan Bóg ze mną zrobił ; ) Gdzie mnie posłał, do kogo i po co. Dziękuję Wam moi Drodzy za tę inicjatywę! Niedzielę rozpocząłem od homilii w Goszycach i Sierakowicach. Ta „misyjna niedziela” w mojej parafii była okazją, by wspomóc naszą misję ofiarą pieniężną. Bardzo dziękuję wszystkim parafianom, księdzu proboszczowi i wikaremu oraz dobroczyńcom za każdą złotówkę. Dzięki Waszej hojności zabrałem ze sobą do RCA dwa tysiące euro i przetwornicę do prądu. W imieniu braci jeszcze raz gorąco dziękuję.

Bóg zapłać także za Wasze ofiarowane w intencji misji i misjonarzy cierpienia i modlitwy, które w chwilach naszych trudów nie pozwalają nam ulec pokusie „odchodzę łowić ryby”, o której to mówiłem podczas niedzielnej homilii. I my otulamy Was modlitwą! Błogosławieństwa!

Przetwornica rzeczywiście jest tu niezbędna. Prąd z miasta praktycznie do nas nie dociera. Rzadko go doświadczamy a nawet jeżeli się pojawia to jest bardzo słaby – ok 100 V… Korzystamy zatem z baterii słonecznych. Ładujemy nimi akumulatory. Jest to tzw. prąd stały. W gniazdkach natomiast potrzebujemy prądu zmiennego. By takowy uzyskać, przepuszczamy go przez przetwornicę.

Taki prąd służy nam do podtrzymania zamrażalek i lodówek, do pompowania wody ze studni, a także do tego, by wieczorem mieć trochę światła w pokoju. Trzeba zatem oszczędzać, by starczyło na to co niezbędne. A że światło jest dopiero na trzecim bądź czwartym miejscu w hierarchii priorytetów, toteż wczoraj brałem prysznic z latarką umieszczoną na pobliskiej szafce ; )

Niedzielne uroczystości uwieńczyła Msza Święta w Rachowicach, na której otrzymałem z rąk o. Antonina, naszego ministra prowincjalnego krzyż misyjny. W ten sposób oficjalnie zostałem posłany na Misję.

Kolejne dni urlopu to wizyta w filharmonii katowickiej, odwiedziny w Warszawie i Krakowie, mecz Piasta Gliwice z Cracovią i rodzinne spotkania.

Przez te dni męczyło mnie trochę przeziębienie więc szczepionki zeszły na drugi plan. Ustaliliśmy datę 21 kwietnia. Przyjechałem więc rano do Panewnik, ale moje gardło nie pozwoliło na to, by się zaszczepić. Zrobiono mi zatem badanie krwi podano lekki i wyznaczono nowa datę – jutro, tj. w piątek : ) Wróciłem więc do domu na obiad i kawę i wieczorem wyjechałem z Rachowic na dobre.

Wyniki badań nie wskazały żadnych niepokojących przeciwwskazań, więc pojechałem z rana na szczepienia – żółtaczka typu A, tyfus, dur brzuszny i tężec. Potem zajrzałem do USC by złożyć wniosek o nowy dowód osobisty, którego ważność kończy mi się w październiku. Odbiorę go za dwa lata, gdy wrócę do Polski, bo wydają go tylko zainteresowanej osobie – nie ma możliwości pośrednictwa.

Weekend to jeszcze ostatnie szaleństwa przed-afrykańskie – kino, McDonald, pizza … i pakowanie tobołów. Miałem do dyspozycji 46 kg do zagospodarowania i 12 kg bagażu podręcznego. Niby sporo. Ale w miarę pakowania kilogramy szybko rosły. Trzeba więc było zrezygnować z książek (podręczniki teologiczne, materiały do nauki francuskiego), z lwiej części gorących kubków i kiśli, z past do zębów, z mydeł…etc. Trudno przecież zrezygnować z kiełbasy, sera, Prince Polo czy sportowych butów… ; )

W nocy z poniedziałku na wtorek, ok godziny 24:00 wraz z bratem Konradem i bratem Bruno wyjechaliśmy z Katowic w kierunku Warszawy na lotnisko Chopina. Muszę tu nadmienić, że generalnie lubię podróże. Zwłaszcza gdy nie jestem kierowcą. Za każdym razem gdy jestem w drodze, czy to do Panewnik, czy do Warszawy, do Krakowa, do Lublina, do Częstochowy… podróż jest dla mnie takim czasem „buforowym”. Jest chwilą między jednym a drugim, między dwoma małymi światami. To czas, w którym człowiek delektuje się tym, co „zjadł” oraz rozbudza w sobie apetyt na to co przed nim. W podróży karmi się serce. Można smakować „światy”.

A podróż do Warszawy przespałem :P Właściwie praktycznie całą wyprawę do Afryki w większości przespałem. To efekt ostatnich intensywnych dni ; ) Na lotnisko dojechaliśmy ok 3:30. Przyszło mi zatem poczekać ok. godziny na odprawę. Zdeponowałem bagaże, przeszedłem kontrole i dotarłem do sali wyczekiwania lotu. Chciałem zabrać się za lekturę ale oczy mi się kleiły, powieki ciążyły a książka wylatywała z rąk. Kilka razy się chyba zdrzemnąłem. Później dosiadł się do mnie pewien pan, który uczy w Warszawie niemieckiego na poziome akademickim. Przywitał się i od razu zasugerował że pewnie wybieram się gdzieś dalej… Sam znał nieco afrykańską rzeczywistość. Bywał w Gabonie, Tanzanii, Kenii. Teraz natomiast leciał do Paryża, by tam przesiąść się na samolot do Wietnamu – rekreacyjnie ; )

Pierwszy etap podróży, lot do Paryża przespałem. Pomodliłem się jedynie na początku lotu a potem… odleciałem. Obudził mnie jedynie serwis kawy i rogalika ; )

Wylądowaliśmy ok 8:45 i przez kolejne 20 min. samolot przemieszczał się po ogromnym paryskim lotnisku, by dotrzeć do docelowego terminalu. Wysiedliśmy na Terminalu 2F. Mój samolot do RCA odlatywał z 2E więc wydawałoby się, że to gdzieś obok… ale trzeba było iść dobre 20 min. Na szczęście w Warszawie bagaż został nadany bezpośrednio do RCA więc to nie ja musiałem się o niego martwić. Z bagażem podręcznym i laptopem przeszedłem aż do kontroli paszportów. Tam po 10 minutowej kolejce ruszyłem dalej już bezpośrednio do sali oczekiwania. Wokół bramki wejściowej nr 35 było już „ciemno”. Usiadłem. Po kilku minutach rozpoczęto kontrolę biletów więc ustawiła się spora kolejka. W oddali dostrzegłem Jack-a. To francuz, który często bywa w naszych środkowoafrykańskich klasztorach. Zwłaszcza w Rafai. Trudno określić mi kim jest. Ogólnie rzecz biorąc prowadzi jakiś biznes. W okolicy Rafai prowadzi Safari, choć w ostatnich latach popyt nieco spadł. Jeździ też do innych krajów. Poluje, organizuje… : ) Żyje Afryką. Pozdrowiłem go z odległości 30 metrów. Spojrzał, namyślił się i „zaskoczył”. Skojarzył habit z kierunkiem lotu i odwzajemnił uśmiech. Spotkaliśmy się ponownie na lotnisku w Bangui, gdzie sam przyszedł się przywitać – tzn. że naprawdę mnie poznał ; )

W samolocie Air France zająłem wskazane miejsce. Torbę i laptopa wrzuciłem do szafki nad głowami. Po chwili przysiadała się Emilii – francuzka jadąca do Bangui odwiedzić męża, który pracuje tu jako żołnierz. Przyjeżdża do Afryki co miesiąc… przesmolone realia związku na odległość. Na początku chwilę pogadaliśmy, wymieniliśmy powody naszej podróży i później każdy zajął się swoimi sprawami. Na początku skorzystałem z ekranu umieszczonego na siedzeniu przede mną. Wśród wielu różnych propozycji wybrałem powtórkę topowych meczów z Premier League. Kolejno wybrałem opcję podglądu mapy lotu i ostatecznie wróciłem do modlitwy … i do spania. Budziłem się przy okazji serwowanych posiłków…. kawa, aperitif, obiad, kawa, lody, kawa.

Było też trochę czasu na myślenie. Jak napisałem na początku „tym razem ukwiecone łąki opuszczało się dużo trudniej niż ostatnio”. Chyba perspektywa dłuższej rozłąki wywołała takie odczucia. Przykro mi, że niektóre przestrzenie życia trzeba zawiesić, by realizować inne. Żal relacji, tych, które są, tych które mogłyby być. Ukwiecone łąki tego lata w moich oczach stały się jakby jeszcze bardziej ukwiecone… I nie jest to złuda. Bo rzeczywiście są piękne. Ale … „niemądry to wędrowiec…”. Pozostaje nam jedność w modlitwie, w Eucharystii i przez naszych Aniołów Stróżów, dla których odległość to nie przeszkoda a wyzwanie : )

Podobnie jak ostatnio, nad Afrykę wleciałem o 12:45 polskiego czasu. A o 16:50 wylądowałem w Bangui. Trzeba było przestawić wskazówki w zegarku – tutaj była dopiero 15:50. Jakieś 45 zajęła mi kontrola na afrykańskim lotnisku – czyli sprawniej niż ostatnio. Na początku każdemu robiono profilowe zdjęcie. Dalej, kontrola karty szczepień. Kolejno trzeba było wypełnić krótki formularz dla policji i po odstaniu swojego w kolejce, oddać go policjantce (,która prosząc o poszczególne dokumenty na jednym oddechu poprosiła też o różaniec). W końcu (po najdłuższej kolejce) odbyła się ostatnia kontrola dokumentów – zwłaszcza wizy (w moim przypadku karty pobytu, która pozostała ważna z ostatniej wizyty w RCA). Przeszedłem do drugiej sali, gdzie pomoc zaoferował mi jeden z tragarzy wcześniej negocjując cenę. Wyłuskaliśmy moje dwie torby i podjechaliśmy do kontroli bagażu. Obie panie jedynie otworzyły zamek każdej z toreb i nie przeszukując wnętrza, podziękowały. I ja podziękowałem, obdarowałem różańcami i wyszedłem na zewnątrz. Czekał na mnie br. Remo : ) Wsiedliśmy do samochodu, poczekaliśmy na Jack-a i ruszyliśmy do domu. Wieczorem Bangui przywitało mnie przyjemnym ciepłem. Nie było upalnie. Ale jednak wilgotno. Po przejściu kontroli, po szarpaniu się z bagażami byłem mokry. Dotarliśmy do Bimbo przed 18:00 miejscowego czasu. Po przywitaniu skierowaliśmy kroki do kaplicy na Eucharystię. Potem miałem trochę czasu, by się ogarnąć – rozładować bagaże, wziąć prysznic. Barnaba wskazał mi pokój ale zaraz nadmienił, ze chyba długo tu nie zagrzeję miejsca… bo Kordian chce mnie w Rafai. Trochę zdębiałem, bo przecież miałem siedzieć w Bimbo. Ale skwitowałem to uśmiechem. Taka jest nasza Afryka – w sensie ta, w wydaniu franciszkańskim. Nieprzewidywalna : )

Ok 19:00 zjedliśmy kolację i wieczorem usiedliśmy przed TV, bo Canal + nadawał półfinał Ligi Mistrzów. W nocy spałem wyśmienicie : )

Dziś mam trochę luzu. Więc piszę : ) Powoli wchodzę w rytm. Rano o 5:30 rozmyślanie przy świetle jutrzenki, potem jutrznia, Msza, śniadanie… o 10:00 polska kawa… o 12:00 modlitwy i obiad…

… a potem… hmm… Nieprzewidywalne.

 

Błogosławieństwa +