... gdyby którykolwiek brat chciał udać się między Saracenów i innych niewiernych, niech idzie za pozwoleniem swego ministra [przełożonego] i sługi.

29 czerwca 2016, Rafai, RCA
29 czerwca 2016, Rafai, RCA
Data: 2016-06-29

29.06.2016, Rafai, RCA

Korzystając z wolniejszego rytmu dnia – piszę. Obroty trochę zmalały z racji na malarię, która i mnie w końcu dopadła. W nocy z niedzieli na poniedziałek pojawiły się niepokojące objawy – wróciła słabość, pojawił się ból głowy i dreszcze. Rano, po Mszy zmierzyłem temperaturę – termometr wskazał na 38,3*C. Położyłem się zatem do łóżka biorąc odpowiednie lekki. Do obiadu trzepały mną drgawki, męczył ból głowy i rosła gorączka. Na obiad oczywiście nie wstałem. W pokoju zjadłem nieco ciepłego grysiku, banana, popiłem wodą. Skoro temperatura dochodziła do 39,3*C wziąłem coś na zwalczenie jej. Po godzinie dziwnych doświadczeń wewnętrznych – kolejne dreszcze, poczucie rozpychania ciała od wewnątrz i inne dziwne wrażenia ;p – gorączka ustąpiła. Ból głowy też przeszedł. Pozostało zmęczenie. Na kolację wstałem. Zjadłem trochę ryżu i skusiłem się na ananasa. W nocy jednak gorączka wróciła. Przegoniło mnie do toalety, przetrzepały mną znów drgawki. We wtorek rano wstałem na Eucharystię ale zaraz po niej, przegryzając tosta, wróciłem do łóżka. Tabletka przeciw gorączce była skuteczna ale nie trwała – godzina zbijania gorączki, trzy godziny spokoju, nawrót. Na szczęście wczoraj w nocy gorączka ustąpiła. Jeszcze o 1:00 byłem mocno rozpalony, ale nie biorąc tabletki, już ok 3:00 termometr wskazywał 37 kresek. Dziś rano też byłem na Mszy. I choć najbardziej dokuczliwe objawy przeszły to pozostała słabość. Trudno ustać na nogach przez dłuższą chwilę. Nawet w czasie Mszy musiałem co jakiś czas spocząć – w tym tygodniu koncelebruję. Więc dziś już w miarę funkcjonuję. Trochę jak na kacu – zamroczony, chwiejący się, czujący coś na żołądku… ale funkcjonuję. Jutro mam zamiar rozpocząć na nowo kurs informatyczny który przerwałem w piątek. 

Cofając się trochę w czasie… pamiętacie Jaque-a? (Pisałem o nim jako o Jack-u, ale skoro to Francuz to winienem poprawić pisownię). Spotkałem go na lotnisku, potem w Bimbo. Otóż, Jaque jest myśliwym i prowadzi safari niedaleko Derbissaki, czyli na terenie naszej parafii. Jest Francuzem, ożenił się z Włoszką i mieszka w Turynie. Okresowo przyjeżdża do RCA ze swoimi klientami. Gdy np. jakiś myśliwy marzy o upolowaniu antylopy Bongo lub słonia lub lwa, Jaque oferuje mu organizację tego przedsięwzięcia. Znajduje miejscowych myśliwych, którzy znają leśne ścieżki, ściąga ich wszystkich do swojej bazy – ponoć cała zbudowana z drzewa i liści. Zadaniem Jaque-a jest doprowadzić klienta do pozycji, z której mógłby on oddać strzał w zwierzynę, która została zapisana w kontrakcie. Więc właśnie jakiś czas temu Jaque pojawił się w naszej misji z klientem, Amerykaninem. Ten jest myśliwym w USA i para się podobną pracą, co Jaque tutaj. Tyle że tam polują na grizli. Więc ów myśliwy przyjechał by zapolować na Bongo. Zatrzymali się na dwa dni w naszej misji i pojechali do safari Jaque-a. W niedzielę, dziewiętnastego czerwca, w godzinach popołudniowych, zadzwonił do mnie Barnaba, z Bimbo. Chciał przekazać, że otrzymał informacje iż Tongo tongo napadło na safari Jaque-a. Nie znał żadnych szczegółów. Próbował kontaktować się z Kordianem, ale nie mógł się połączyć. Po chwili podjechał Kordian, samochodem wojskowym. Gdy zacząłem mówić, że dzwonił Barnaba, nie dał mi dokończyć. Wziął baniak wody, czekoladę i latarkę. Na plecy narzucił kurtkę i kazał przygotować dwa pokoje – dla Jaque-a i Amerykanina. On, wraz z obstawą wojska miał lada moment wyjechać do Dembia. Sprawy rozjaśniły się dopiero po czasie. Jaque wraz z klientem i grupą myśliwych wybrali się na polowanie. Wyjechali na sawannę, podjechali kilka metrów autem. Amerykanin poszedł za potrzebą w las (detal, ale istotny w całym opowiadaniu). Jaque zrobił kilka kroków w głąb sawanny i nagle rozległy się strzały. Najpierw dwóch napastników, potem jednak, po wydaniu charakterystycznego dźwięku ustami zwołującego towarzyszy, agresorów było więcej. Myśliwi Jaque-a uciekli w las – to ludzie stąd, bez problemu znaleźli schronienie i drogę powrotu – dołączyli do Jaque-a albo w jego safari albo w Dembia. Jaque natomiast wskoczył do auta. Odpalił. Musiał wycofać, gdyż samochód stał tyłem do drogi ucieczki. Wszystkie manewry wykonał będąc pochylony, by uchronić się od kul. Podjechał w kierunku Amerykanina. Gdy ten wyskoczył z lasu, by dotrzeć do samochodu napastnicy z Tongo tongo obrali go za cel. Na szczęście, jako wprawiony myśliwy, biegnąc zygzakiem uchronił się od kuli. Wskoczył do samochodu i ruszyli. Napastnicy gonili ich pieszo. Strzelali. Przebili tylne opony samochodu. W samochodzie można było dostrzec przynajmniej pięć dziur po kulach. Wrócili na swoje safari, pozbierali niezbędne rzeczy i ruszyli w kierunku Dembia (czyli w kierunku Rafaï). Ludzie w Dembia, dowiedziawszy się, co się stało, ze strachu nie chcieli puścić konwoju Jaque-a. Mniemali oni, że póki biali są pośród nich, mogą czuć się bezpieczni. Dlatego to zadzwonili do Kordiana by przyjechał ich odebrać. Wrócili w nocy ok 3:00. Amerykanin następnego dnia zamówił samolot (miał to wpisane w ubezpieczenie) i wyleciał do Bangi, potem do Paryża i po trzech dniach był u siebie w domu. Jaque natomiast zabawił u nas jakiś czas, reperując samochód, reorganizując swoje safari, odwołując najbliższych klientów a przy okazji racząc nas opowieściami.

Sprawa Tongo tonga jeszcze bardziej się skomplikowała. Wydaje się, że Jaque zorganizował polowanie w okolicy bazy Tongo tongo, nic o tym nie wiedząc. Napastnicy byli najwyraźniej stróżami. Z tego co zdołali dostrzec, byli to dobrzy strzelcy. Dobrze uzbrojeni i dobrze ubrani. Można też wnioskować, że nie cierpieli głodu ani biedy – wysypali co najmniej 60 kul! A każdy tutejszy myśliwy wie, że jedna kula to może być jedno upolowane zwierzę! Wobec tego pytanie – skąd takie marnotrawstwo naboi? I zaraz kolejne – kto ich uzbraja? Kto ich finansuje? Wieczorne dyskusje były naprawdę fascynujące, ale zarazem tragiczne…bo to nie film, ani gra komputerowa.

Były jednak i inne opowieści. Jaque opowiadał, jak to nie raz polował na lwy. Wspominał o łagodności tych wszystkich drapieżników. O tym, że jeśli lew spał dobrze, jest najedzony, nikt go w ostatnim czasie nie ranił, oraz jeśli nie ma młodych – to spokojnie obok nas przejdzie i pozostawi cały. Trzeba tylko mieć farta i by spełniły się wszystkie cztery warunki ; ) Opowiadał o wywoływaniu lwów, o „porozumiewaniu się” z nimi oraz o ich przerażającym, basowym pomruku. Jest to ponoć taki bas, który myśliwy odczuwa we własnej klatce piersiowej. Ponoć pewnego razu jeden z jego klientów został doprowadzony do dogodnej pozycji by oddać strzał w kierunku lwa – lew siedział przy upolowanym bawole i sobie „pomrukiwał”. I – z tego co Jaque opowiadał – myśliwy tak był przerażony owym pomrukiem że nie widział lwa… Podobno tłumaczy się to psychologicznie, iż strach tak opanowuje człowieka że wbija on wzrok w jeden punkt w przestrzeni i nie widzi niczego wokoło.

Więc wieczory upływały nam fascynująco. Było to też jakaś forma odreagowania dla Jaque-a, no i radości, że cała jego ekipa wróciła bez szwanku do domu.

Ja zaś kontynuowałem zajęcia z zeszłego tygodnia – kurs informatyki (powoli zaczynamy kurs wakacyjny, dla chętnych, bo szkoła dobiega końca), malowanie toalety i prysznica oraz inne drobne prace przy domu. A wieczorami zasiadałem na stadionach Francji obserwując wyczyny finalistów Euro 2016. Z wielkim zapałem oczywiście oglądaliśmy mecze Polaków. Zwłaszcza mecz ze Szwajcarami przysporzył nam wielu emocji. Nie tylko ze względu na wydarzenia na boisku… Jak wiadomo, jest pora deszczowa, przychodzą burze, silne wiatry i w konsekwencji traci się nam zasięg satelitarny. Ni w stąd, ni zowąd ok. 80 minuty meczu zaczęło wiać… Obraz zaczął migotać, głos przerywać. Po chwili na dworze nieco się uspokoiło. Wręcz odwrotnie na boisku ; ) Dogrywce znów towarzyszył wiatr i pojawiały się pierwsze krople deszczu. Pod koniec dogrywki przerwało nam połączenie…Na szczęście zanim rozpoczęto serię rzutów karnych obraz wrócił. Jak możecie sobie wyobrazić, wszystko działo się pod dużym napięciem ;p Szczęśliwie udało się jednak zobaczyć mecz do końca, poznać zwycięzcę, wznieść okrzyk radości i z pogodą ducha zaakceptować rozpętującą się na dobre burze ; )

W tym czasie przygotowujemy się do wyjazdu z Rafaï. Najprawdopodobniej 6 lipca wsiądziemy w samochód i pojedziemy do Bangassou – najpierw czeka nas duszpasterskie spotkanie diecezjalne, potem święcenia kapłańskie w katedrze, zaraz po nich rekolekcje. Zaś w piątek lub sobotę (15 lub 16) wyruszamy dalej – do Bimbo. Od niedzieli (17 lipca) przewidzieliśmy trzydniowe spotkanie całej naszej fundacji, czyli wszystkich braci z Bimbo i Rafaï. Jest sporo spraw do przedyskutowania. Przed nami też wybory na prezesa fundacji (przełożonego; teraz jest nim Kordian). Przy okazji trzeba będzie wybrać przełożonych domu etc. Nagli nas też konkretyzacja formacji dla braci którzy wracają do nas po nowicjacie. Część z nich zostaje na studia w Kongo, by dążyć do kapłaństwa. Ale są i tacy którzy zdecydowali się na bycie braćmi. Oni wracają do nas po roku nowicjatu. Musimy ustalić ich status, wyznaczyć obowiązki, znaleźć zajęcie. A to wszystko musi dobrze korelować z przyszłością. Więc mamy nad czym myśleć. Po tym spotkaniu Kordian wylatuje do Europy, ja natomiast z Bartkiem wracamy samolotem do Rafaï. Będzie to końcówka lipca. Potem już ostatnia prosta mojego pobytu w Rafaï – sierpień i połowa września. Ale i one obfitować będą w wydarzenia - wyzwania, o czym następnym razem.

PS.: (30.06.2016) Z malarią już prawie wygrałem. Pozostało lekkie osłabienie. Przypałętała się natomiast jakaś wysypka, która jednak już też powoli ustępuje ; )

Pozdrawiam gorąco!

Błogosławieństwa +