Bracia zaś, którzy udają [się do niewiernych niech] nie wdają się w kłótnie ani spory, lecz winni być poddanymi "wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga" (1 P 2, 13) i przyznawać się do wiary chrześcijańskiej.

 31.12.2019, Boali, RCA
31.12.2019, Boali, RCA
Data: 2020-01-07

Szczęść Boże!


Niech ten czas, Bożego Narodzenia oraz chwile przejścia ze Starego do Nowego, będą dla Was okazją do odnowienia radości ze zbawienia! Radości z tego że zostało nam ono dane darmo i że jest aktualne każdego dnia i w każdym zakątku świata! Żyję tą radością w ostatnim czasie, toteż i Wam jej życzę!

Moje adwentowe zmagania naznaczone były przygodą związana z odwiedzinami duszpasterskimi na wioskach naszej parafii. Pierwszą niedzielę Adwentu spędziłem jeszcze na miejscu, ale już szóstego grudnia ruszałem w gęsty las, by znaleźć tych, którzy w miejscu które dla nas pozostaje „dziewicze i obce”, zapuścili swoje korzenie i nazywają „swoim”. Odwiedziłem w ten sposób siedem wspólnot w sektorze Pama (nazwa rzeki). Pozostałem wierny mojemu dotychczasowemu programowi, toteż w każdej wiosce spędziłem dwie noce, odprawiając dwie Eucharystie, spowiadając, spotykając się z radą kaplicy i z katechumenami. Nie zabrakło też odwiedzin u chorych i strapionych. Czternaście dni w - jakby nie patrzeć – buszu, dały mi w kość. Cóż doskwierało mi najbardziej? Zimno! Noce stały się już naprawdę chłodne! A śpiąc w większości przypadków na zewnątrz, w hamaku, w dresie, skarpetach, polarze i w śpiworze (!), miejscami, nad ranem „odmrażałem” sobie palce u nóg ; ) Takie warunki przysporzyły mi problemów z katarem, bólem gardła, chrypki i przewianych pleców… a to musiało prowadzić do znanej nam już dobrze malarii… Zdaje się że wciąż trzymała mnie jedna i ta sama panna malaria. Mimo porządnych dawek chininy ona wciąż gdzieś się tam chowała w moim ciele. Toteż po powrocie – choć tego dnia czułem się już lepiej niż przed dwoma trzema dniami, gdy byłem jeszcze na wioskach – zrobiłem badania, jakie tylko się w Boali dało no i rozpocząłem leczenie , potwierdzonej przez badania, malarii. Przy okazji doszły jakieś ameby i chyba jeszcze coś, co będę musiał wykryć w Bangui. Ale to już niebawem : ) Wybaczcie te nawracające relacje dotyczące stanu mojego zdrowia, ale jakby nie było, ciało jest najbliższe mojego „ja”, toteż nie sposób pominąć krótkiej relacji na temat jego stanu. W gruncie rzeczy czuję się już wspaniale : )

Nie będę opisywał Wam mojej wyprawy dzień po dniu… dwa tygodnie to mnóstwo czasu, zwłaszcza na wioskach. Wiele się działo. Wiele pięknych oraz trudnych spotkań. Wiele zachwytu oraz frustracji. Pozwólcie że skupię się jedynie na kilku aspektach tych dni.

Nade wszystko sam przed sobą uzmysławiam sobie z pełną siłą tego zdania, że był to czas Adwentu, czekania i przygotowywania dróg na spotkanie z Panem. Z jednej strony to ja sam wychodziłem na spotkanie, by znaleźć Boga pośród wspólnot które mnie przyjmowały (oraz na ścieżkach które pokonywałem!), z drugiej strony miałem świadomość, że dla wiernych jestem Jezusem, „alter Christus”, który wychodzi na ich spotkanie. I choć sam tak bym się nie określił, to jednak fakt, ze przywoziłem im Chrystusa w Eucharystii, jasno pokazuje, że byłem Kościołem (jak „Maryja uczyniona Kościołem”, wedle słów św. Franciszka), który daje Boga światu, temu małemu skrawku świata, … „na końcu świata”. Piękne było to doświadczenie.

W drogę wybrałem się sam, na motorze Yamaha, cross. Świetna sprawa! :D Dopóki nie zgubiłem drogi… Zdarzyło się że zanim dojechałem do pierwszej wioski – Bobissy, pomyliłem skrzyżowania. Początkowo droga była szeroka, przestronna. Później jednak gwałtowanie się zwężała i prowadziła przez dość gęsty las. Ścieżka był widoczna, ale napawała wątpliwościami czy rzeczywiście jest to ścieżka dla motorów. Jak się później okazało – nie. Skoro jednak była ścieżka to gdzieś musiała prowadzić. Jechało się bardzo niewygodnie – przy drodze leżały wielkie kamienie oraz termitiery, a drzewa rozciągały swe gałęzie na wysokości głowy kierowcy ; ) Ekwilibrystyczna podróż. W końcu dotarłem do jakiejś chatki w buszu. Jak się okazało – zamieszkałej okresowo przez trzy osoby. Był to tak zwany domek polny, w którym mieszka się w czasie pracy na polu, gdy droga powrotna jest daleka, i wówczas pozostaje się w takim domku na kilka dni, po czym się wraca. Miałem szczęście. Dwóch chłopców wyprowadziło mnie przez gęsty las, torując drogę maczetami, na główną drogę do Bobissy. Po 15 minutach byłem na miejscu.

W następnych dniach już się nie gubiłem. Droga była dość przejrzysta i ... jedyna… A tam gdzie droga prowadziła przez busz, towarzyszyli mi na motorach chłopcy z jednej z wiosek. Wtedy to nasza wyprawa nabrał istnie sensacyjnych kolorów. Przeprawialiśmy się przez gęsty las, z górki, pod górkę, przez strumyki i przez rzeki (miejscami sięgające poziomem do ud). Były momenty że wyjeżdżaliśmy z lasu i przejeżdżaliśmy przez sawannę. Grudzień to początek pory suchej. Trawy są bardzo wysokie i ludzie zaczynają powoli je wypalać. W tym terenie zajmuje się tym nade wszystko plemię Bororo. Wędrują oni po sawannach wypasając swoje bydło. Przechodząc podkładają ogień, by suche trawy wypaliły się a na ich miejscu wyrosła nowa, zielona trawa dla ich krów. Toteż co jakiś czas spotykaliśmy ogromne stada krów przy lub na drodze. Trzeba je było nieco poodganiać warkotem silnika. Bororo czasem im towarzyszyli a czasem krowy pozostawały gdzieś z tyłu a pasterze byli już w innym miejscu. Miejscami natrafialiśmy na wielkie połacie sawanny zajęte ogniem. W końcu dojechaliśmy i do takich miejsc, gdzie ogień rozciągał się wzdłuż drogi. Przejeżdżaliśmy w bezpiecznej odległości wypatrując czy z nienacka nie wyskoczą nam na drogę krowy spłoszone warkotem motorów. Wtem dojechaliśmy do miejsca gdzie ogień zajął sawannę z prawej jak i z lewej strony. Chłopcy długo się nie zastanawiali tylko wtargnęli na motorach w środek płomieni by przedostać się na drugą stronę. Cóż, gdybym był sam, pewnie bym się zatrzymał i szukał innej ścieżki, ale z rozpędu i w myśl idei marszu baranów, ruszyłem za nimi. Dym drażnił oczy, płomienie smagały z prawej i lewej, gorąc opalał moje policzki a mnie nie pozostało nic innego jak dokręcić drążek gazu i dobić do moich towarzyszy którzy wyczekiwali mnie po drugiej stronie płomieni ognia. Dawno nie odczuwałem takiej dawki adrenaliny :D Wspomniałem wówczas na słowa Psalmu 66: „…przeszliśmy przez ogień i wodę, ale wyprowadziłeś nas na wolność”.

W temacie podróży warto jeszcze wspomnieć o moich problemach z motorem. Otóż kilka razy trzeba mi się było przeprawić przez rzekę. Toteż motor zanurzał się dość głęboko. Przyczyniło się to do tego iż do karburatora dostała się woda i motor nie chciał odpalić oraz tracił moc w trakcie jazdy. Sam nie miałem pojęcia co się dzieje i jak to naprawić. W końcu na jednej wiosce znalazłem mechanika, który otworzył karburator, wypróżnił go, wyczyścił świecę i motor znów chodził sprawnie. Ale problem wrócił gdy kolejny raz trzeba mi było przeprawić się przez wodę. Wtedy już sam poradziłem sobie z karburatorem (byłem z siebie niezwykle dumny :D) ale motor dalej odmawiał posłuszeństwa. Trzeba było go dopchać jakieś 3 km do najbliższej wioski (była to już moja droga powrotna, w ostatni dzień podróży). Na szczęście po drodze spotkałem człowieka który mi pomógł… Cross jakby nie było sporo waży… Na miejscu próbowali coś wskórać, wymienili nawet olej, który był strasznie zabrudzony w skutek wody która się do niego przelała… ostatecznie motor nie ruszył. Musiałem nająć taxi-moto który mnie odwiózł do domu a motor został u katechisty. Po kilku dniach posłaliśmy do wioski naszego mechanika, który niestety stwierdził że woda spowodowała pęknięcie cylindra. Pokleił go klejem i wrócił, a nam pozostaje kupić nowy… za jakieś 50.000 CFA, czyli jakieś 350 zł… Zdaję sobie sprawę że dla niektórych cała historia z karburatorem i cylindrami pozostaje niezrozumiała… dla mnie też tak była dopóki sam nie zobaczyłem na własne oczy… taka lekcja kosztuje nas słono, bo ponad 350 zł.

Z wizyt na wioskach wracam z oświadczeniem zetknięcia się z tragedią analfabetyzmu. W żadnej z odwiedzonych wiosek nie ma normalnej szkoły. Nieliczne dzieci są wysyłane do szkoły w Boali lub do innych wiosek gdzie szkoła funkcjonuje. W wiosce jedynymi osobami które potrafią czytać i pisać (w stopniu zastraszająco niskim) są katechiści. W jednej z wiosek katechista postanowił przeprowadzić się do innej miejscowości, z racji na edukację swoich dzieci, i wtem okazało się że wioskę zamieszkują w 100% analfabeci… jak tu ruszyć z katechezą? Jak przekazać im jakieś informacje (zazwyczaj przesyłam list)? Jak poprowadzić niedzielną modlitwę? Jak głosić Słowo Boże…? Ostatecznie katechista będzie przyjeżdżał do wioski na weekend aby poprowadzić katechezę i przewodniczyć niedzielnej modlitwie. W międzyczasie do wioski przybył nauczyciel, znajomy jednej z rodzin, i rozpoczął podstawowy kurs dla dzieci i młodzieży.

Inna wioska boryka się z innym problemem. Mianowicie kaplica została tam otwarta rok temu. Póki co w wiosce ochrzczony jest katechista i dwie kobiety. Pozostali… poganie. Wcześniej byli w jakimś kościele apostolickim, którego chrzest nie jest uznawany. Toteż wszyscy zgłosili się na ochotników do chrztu, ale na katechez jakoś ich nie ciągnie. Tak więc katechista walczy z wiatrakami. Do wioski przyjechałem wraz z mała grupa z sąsiedniej kaplicy (droga przez ogień), która pomogła w animacji modlitwy. Bez nich sytuacja byłaby beznadziejna. Trochę żeśmy ich przebudzili, zmotywowali i zapalili. Zobaczymy jak długo ten ogień potrzyma…

Zaś wioska Bongba wlała we mnie wiele entuzjazmu. Dwóch świetnych katechistów, Francis i Bonifacy, którzy żyją w związkach sakramentalnych i z sercem pracują dla Kościoła. Efekty widać od razu: żywa wspólnota, dojrzałe spowiedzi, aktywne grupy, wielu katechumenów. Bongba wypadła akurat w środku więc na nowo mnie zapaliła do pracy.

W tym sektorze pozostały mi jeszcze trzy wioski, te najdalej oddalone: Bio, Borofio i Bondara. Do tej ostatniej idzie się pieszo 20 km przez góry. Także „wakacje w górach” przewiduje na luty :) W międzyczasie pozostały mi jeszcze cztery wioski przy głównej drodze asfaltowej. Także w styczniu organizujemy formację dla katechistów i formację dla odpowiedzialnych z chóry kościelne. Dla katechistów sesje poprowadzi Kordian, a dla chórzystów pewien kapłan z diecezji Kaga Bandoro, czyli z diecezji gdzie posługuje nasz współbrat, Zbigniew Kusy, ordynariusz diecezji.

Podczas mojej nieobecności w parafii odbył się adwentowy dzień skupienia, poprowadzony przez mojego współbrata Jean de Dieu. Ponoć przyszło sporo ludzi. Bardzo mnie to ucieszyło. Widzę że ludzie lubią takie okazyjne spędy. Łatwiej im się zmobilizować niż do codziennych praktyk religijnych. Podobnie było na nocnym czuwaniu, na kilka dni przed bożym Narodzeniem. Byłem już wówczas na miejscu. Miałem konferencję o Bożym Narodzeniu świętowanym przez św. Franciszka w Greccio. W ten sposób co jakiś czas wprowadzamy parafian w bogactwo naszego charyzmatu.

Na czas świąt nie było wielkich przedsięwzięć, stad też te dni upłynęły nam spokojnie i przyjemnie. Przyjechali do nas bracia z Bimbo, z którymi wspólnie świętowaliśmy wigilię oraz Boże Narodzenie. Niestety w przeddzień Bożego Narodzenia trudno było mi uzmysłowić sobie, że to Wigilia Bożego Narodzenia tak bardzo kultywowana w naszym kraju. Z racji na wczesny przyjazd współbraci, zasiedliśmy do uroczystego posiłku już w południe. Nie było więc wyczekiwania pierwszej gwiazdki ani burczącego brzucha w południe ; ) Mszę Pasterską rozpoczęliśmy o 20:00. Przewodniczył i wygłosił homilię nasz współbrat z Bimbo, Arsène, wyświęcony w tym roku Środkowoafrykańczyk. Po Eucharystii spotkaliśmy się na rekreacji i ok 23:00 poszliśmy spać : ) W dniu uroczystości sprawowałem Msze w centrum a współbracia pojechali do okolicznych wiosek. Spotkaliśmy się na wspólnym obiedzie. Bracia pojechali do Bimbo, a dla nas, rzekłbym, święta się skończyły. Nazajutrz wróciliśmy do normalnego rytmu: modlitwy i Msza o 6:00, śniadanie… etc. Tyle tylko że pozwoliłem sobie na nieco leniuchowania… film, książka, kawka… :)

Po świętach mieliśmy zaprogramowane trzy uroczystości: chrzest niemowląt na wioskach. Jednak dzień przed dwie wioski odwołały chrzty, bo… nie mieli z czego przygotować święta. Ot powód by zaniechać chrztu dzieci. Tak więc pozostała nam jedna uroczystość, 5 stycznia. Ufam że nie odwołają.

W ostatnich dniach, korzystając z nieco luźniejszego planu, spotkałem się z katechistami z Boali, by nieco podsumować ich pracę i zweryfikować listy katechumenów. Byłem zachwycony 100% frekwencją (11 katechistów w centrum)! Widać w nich ogromny zapał i chęci. Są jak odpalona zapałka, która chciałaby zapalić cały świat. Niestety zapałka szybko gaśnie. Tutaj podobnie. Wiele inicjatyw z ostatniego spotkania upadło. Wielkie ambicje się załamały. Ale to nie szkodzi. Na nowo podjęliśmy nasze zadania, przedyskutowaliśmy wyzwania i możliwości i spróbujemy raz jeszcze.

Te kilka miesięcy w Boali pozwalają mi odkrywać rzeczywistość. Spośród tych wielu radości o których Wam piszę w przeciągu tych trzech miesięcy, odsłaniają się także cuchnące rany… Wielkim problemem Boali jest jego strategiczne położenie – przy głównej drodzy, miejsce tranzytowe. Wszystkie ciężarówki zatrzymują się w Boali na rybkę, na piwko i na… dziewczyny. Nasze młode parafianki znalazły w ten sposób bardzo szybki sposób na opłacenie fryzjera, zakup nowych ciuchów, perfum czy opłacenie szkoły. Prostytucja szerzy się w sposób zastraszający. Wieczorami muzyka dudni do rana, przez cały tydzień bez wyjątków. Boali żyje życiem towarzyskim, zwłaszcza w nocy. A całodobowy dostęp do prądu staje się w tym przypadku przekleństwem.

Inną wielką zasadzką dla młodych i nie tylko jest magia. Każdy chce szybko znaleźć pieniądze, pracę ustawić sobie życie. Więc wchodzą w magię, czary. Obwieszają się fetyszami, sprzedają własne dusze za dobrobyt, składają w ofierze członków swoich rodzin… Słucha się tego jak filmu, ale niestety to się dzieje naprawdę.

Wszystkim Wam polecam sprawę naszych braci i sióstr. Niech nie pozostaną dla Was anonimowymi Afrykańczykami, ale braćmi jednego Kościoła, Świętego.

Moi drodzy, jeszcze w woli ścisłości, kilka słów o charyzmatykach. Udało mi się spotkać swego czasu z abbé Filipem. Wspaniale mi się z nim rozmawiało. Podzielił się ze mną swoim doświadczeniem i przekazał kilka pomocnych dokumentów. Postarałem się o kserokopię i przekazałem je Jean Claude-owi, w Boukouli by się z nimi zapoznał. Miałem też okazję uczestniczyć w modlitwie charyzmatyków w temple w Boukouli. Generalnie było całkiem „katolicko”, choć były też moment pewnych odchyłów. Ale niebawem będziemy organizować formacje dla charyzmatyków naszej parafii, którą poprowadzą ludzie przysłani przez abbé Filipa. A że postawa Jean Claude-a wciąż ujmuje mnie swoją pokorą i prostotą, jestem dobrej myśli.

 
W ten sposób zakończę tę krótko-długą relację. Nich Pan obficie Wam błogosławi na Waszych