Żaden z braci niech nie głosi kazań wbrew praktyce i zarządzeniom świętego Kościoła i bez pozwolenia swego ministra (...). Wszyscy jednak bracia niech głoszą kazania czynami.

4 maja 2016, Bimbo, RCA
4 maja 2016, Bimbo, RCA
Data: 2016-05-04

4.05.2016, Bimbo, RCA

Mija tydzień od mojego powrotu do RCA. Schudłem 0,5kg. Nabrałem trochę koloru – na razie podchodzi pod róż. Moja twarz, bezustannie wilgotna połyskuje na słońcu. Na rękach, nogach, tułowiu przybyło kilkadziesiąt drobnych punktów – czy to potówki czy ślady po ugryzieniach komarów? Wszystko wskazuje na to, że przechodzę aklimatyzację.

Ostatni tydzień to temperatury powyżej 30 ͦC w ciągu dnia i nieco poniżej 30 ͦC w nocy – ok 24-26 ͦC. Kończy się pora sucha. Nie trwa ona – tak jak myślałem dotychczas – sześć miesięcy. Pora deszczowa jest zdecydowanie dłuższa. Mniej więcej w proporcjach 9:3. Kwiecień to ostatni miesiąc pory suchej i czas wyczekiwania pierwszych deszczów pory deszczowej. Nie znaczy to, że w porze suchej nie pada. Pada, ale śladowo. Najwyższe temperatury przypadają na luty i marzec. Dobija do 38 ͦC w ciągu dnia.

Dziś w nocy przeszła nad Bimbo burza: silny wiatr, grzmoty, błyskawice i obfite opady. Wszystko trwało nie dłużej niż 2h. Ale to wystarczyło, by zmieniło się powietrze. Dziś temperatura nie dobiła nawet 28 ͦC. Niebo jest zachmurzone, lekki wiatr. To pozwala odetchnąć pełnymi płucami i wrócić do chodzenia w habicie : )

Mimo, że pogoda sprzyja dziś pracy fizycznej – powstrzymałem się od niej. Już wcześniej zadecydowałem, że ograniczę się dziś do małego prania, tłumaczenia francuskich tekstów brewiarza, napisania kilku maili i sklecenia kilku słów „wspólnych”. Wszystko dlatego, by dobrze „wejść w Afrykę”. Potrzeba umiarkowanego wysiłku fizycznego. Np. w czwartek byliśmy pograć w kosza. Wróciliśmy ok 16:30 po godzinnej grze. Uzupełniłem płyny, odsapnąłem, wziąłem prysznic… do nocy z mojego ciała wydobywał się pot… strugami. Na rękach wciąż widniały krople potu. Z czoła ciekło, brwi nie były w stanie tamować spływających kropli…

Z jednej strony trzeba coś robić, by się nieco wypocić, by wzmocnić organizm, by nabrać krzepy. Z drugiej – nie mogę przemęczyć organizmu, by nie stać się łatwą ofiarą malarii… a o taką nie będzie trudno – zauważyłem dużo bardziej aktywną obecność komarów – nosicieli wirusa. Pozostając w temacie obserwacji – jest tu dużo mniej jaszczurek niż mogłem zauważyć rok temu (może jeszcze się pojawią), sporo natomiast motyli – bardzo kolorowych, naszych europejskich rozmiarów ale i czarnych, z pięknymi wzorami na skrzydłach, wielkości dłoni. Jest tez dużo takich tradycyjnych, „polskich” much.

Wracając więc do wysiłku fizycznego… Ponoć od dobrych już kilku miesięcy szykowano transport różnorakich materiałów do Rafaï. Zajmował się tym br. Remo. Finalizacja tego przedsięwzięcia przypadła na ten tydzień. W pewnym momencie na naszym placu stały 4 olbrzymie ciężarówki – wciąż zwożono różne materiały – deski, cement, blachy na dach, materace, opony, narzędzia, oraz wiele mniejszych i większych pakunków. Część dla naszych braci, część dla sióstr, część dla wspólnoty protestantów… każdy korzystał. Prace skulminowały się w piątek, sobotę i poniedziałek. Główną robotę wykonali nasi postulanci – w liczbie siedmiu – i kilku pracowników firmy br. Remo. Ja jedynie dorywczo dokładałem moje dłonie. Przyznać trzeba, że brakło tu trochę organizacji. Więc zamiast od razu przywiezione materiały składać jakoś rozsądnie na ciężarówkę, która miała wyruszyć na wschód, wiele rzeczy składaliśmy w ogrodzie, by później załadować je na pakę. Było też wiele przerw – chwil wyczekiwania na towar – tzw. przerw na piwo… ale piwa nie było ; ) Nieraz były to przerwy długie… 1,5..2h… Korzystając zatem z tego, że byłem już spocony, brudny i ”w transie”, brałem się za rąbanie drzewa. Tak wyglądały moje przedpołudnia. Po obiedzie natomiast nastawał czas sjesty, lektury, spotkań i modlitwy. Samochód wyruszył we wtorek. Teoretycznie, przy dobrych wiatrach, powinien dotrzeć na miejsce przed niedzielą. Są to jednak najbardziej optymistyczne prognozy.

Wtorkowe przedpołudnie poświęciłem na rąbanie drzewa. Potrzebujemy go, by rozpalić piec i przygotować obiad. Z racji zaś na brak konkretnych zadań na tym etapie mojego pobytu w Bimbo, chwytam za siekierę i wylewam swoje poty. Siekiera jest strasznie ciężka – cała z metalu. Drzewo, które otrzymaliśmy też do najlepszych nie należy. Jest strasznie twarde (przy niektórych uderzeniach, unoszący się dźwięk przywołuje wrażenie uderzania metalu o metal) i ma sporo sęków. Zabrałem się za pracę po porannych modlitwach, Mszy i śniadaniu, czyli ok 8:30. Słońce prażyło jednak, jakby było w zenicie. Pracowałem może jakieś 1,5h. Byłem cały mokry a wieczorem wspomniałem na poranną pracę okładając ramiona mokrym, zimnym ręcznikiem, łagodząc tym samym piekącą opaleniznę. Dziś jest lepiej. Pieczenie zelżało. Skóra zejdzie pewnie po dwóch dniach.

Po tych kilku dniach, jakby nie było lekkiej pracy fizycznej (lekkiej, bo krótkiej) czuję potrzebę dnia przerwy. Jedna rzecz to opalenizna, inna - obolałe nieco nogi i ręce oraz odciski ; )

Przyznać muszę, że te pierwsze dni są trudne także na płaszczyźnie ducha. Pierwszy tydzień nie rozjaśnił mi zadań i wyzwań duszpasterskich, które miały by przede mną stanąć. I mimo, że to dopiero pierwszy tydzień, niepokoi mnie owy brak perspektyw. Wraca mi wizja sprzed roku, kiedy to od czasu do czasu cierpiałem na nudę. Mój obraz życia na misji jakoś się z tym kłóci. Przypuszczam, że także wielu z Was inaczej wyobraża sobie Misję Kościoła. Chyba nigdy się jakoś nad tym nie zastanawiałem – co misjonarz robi na co dzień, ale w głowie, w podświadomości „siedział we mnie misjonarz, który wciąż obraca się wśród ludzi, który naucza, który biega, który jeździ, który jest wciąż w akcji; który poczucie misji przekłada na aktywność duszpasterską”. A tutaj taka inna rzeczywistość. Mierzenie sił na zamiary, siedzenie w fotelu na werandzie, robienie prania, rąbanie drzewa, ładowanie ciężarówki… Specyfikę tego miejsca wyznacza w dużej mierze funkcja tego domu – dom formacyjny dla kandydatów na braci mniejszych. Stąd nasze główne siły skierowane są „do wewnątrz” bardziej niż „na zewnątrz”. Nie prowadzimy tu duszpasterstwa, bo nie taka jest nasza misja w tym miejscu. Mamy zaszczepić zakon franciszkański na ziemi środkowoafrykańskiej.

Widzę, że po święceniach jest we mnie duże parcie na to, by ruszyć w duszpasterstwo, by spotykać się z ludźmi, by głosić homilie, kazania, konferencje; by prowadzić grupy, by spowiadać… by być kapłanem jakiego wizję w mojej głowie wykreowałem. Mam zatem w sobie taką małą burzę. Spieranie się rzeczywistości mnie otaczającej z ślepą wizją tego kim chciałbym być. To jest trudne – takie hamowanie zapędów.

Chwała Bogu, wszystko staje się harmonią podczas modlitwy – adoracji i medytacji Słowa. Ostatnimi dniami słuchamy Ewangelii wg św. Jana, o ostatnich słowach Pana Jezusa do swoich uczniów. To co tętni w tych wypowiedziach, a co zapadło mi w sercu, to rytmiczne powtarzane słowa, że to Pan nas wybrał, On nas posłał, ze należymy do Niego i że On bierze nas w opiekę. Pieczętują to zaś słowa z dzisiejszej Ewangelii, o tym, że Duch Święty, który jest nam obiecany, będzie nas wprowadzał, doprowadzał do pełni prawdy. Jak to wszystko czytam? Powołanie zakonne, kapłaństwo, a nad to Afryka, to nie mój pomysł na życie. To propozycja Boga, wezwanie, szansa, na którą odpowiedziałem pozytywnie. Taka odpowiedź nie czyni mnie jednak dysponentem tego, co mi zaproponowano. Mimo zgody pozostaję uczestnikiem a nie organizatorem. Więc tak jak sam wyjazd w ogólności, tak i każdy dzień w swoim detalu należy do Ojca. On je kształtuje, wyznacza zadania. Dzień po dniu wprowadza w swoją misję. Trudne jest dla mnie także stawianie kroków bez znajomości planu, bez wiedzy na temat jutra. Stawia mnie dziś tutaj, bym prostą codziennością zaświadczył o potędze Boga. Bym nasycił tę codzienność wierną obecnością na Eucharystii, modlitwą brewiarzową, Słowem Bożym, adoracją. W ciągu tych dni w większości zajmuję się sprawami, które mógłby podjąć każdy mężczyzna. Dlaczego więc kapłan miałby brudzić ręce workami cementu? Dlaczego miałby je naznaczać odciskami od ciężkiej siekiery? Dlaczego miałby odpoczywać w wiklinowym fotelu z książką w ręku zlany potem? Kryje się w tym tajemnica Kapłaństwa Chrystusa. Nie wyraża się ono nade wszystko w tym co kapłan robi, ale w tym kim jest – mocą sakramentu trwa w jedności Chrystusem - Kapłanem niezależenie od tego co w danej chwili robi – składa ofiarę i przesyca rzeczywistość Bożą Obecnością.

Dziwnie tak o sobie pisać ; ) Trudno w to uwierzyć, w tę nadzwyczajność kapłana pośród ludu. Przypuszczam, że trudniej uwierzyć w to samemu kapłanowi niż tym, którzy go obserwują, z którymi przeżywa codzienność. Chyba dlatego, że on dobrze siebie zna. I chce pracą nadrobić defekty. Aktywnością zająć głowę.