Żaden z braci niech nie głosi kazań wbrew praktyce i zarządzeniom świętego Kościoła i bez pozwolenia swego ministra (...). Wszyscy jednak bracia niech głoszą kazania czynami.

6 maja 2017, Bimbo, RCA
6 maja 2017, Bimbo, RCA
Data: 2017-05-06

Wielkanoc już dawno za nami, ale my wciąż trwamy w radości płynącej od Zmartwychwstałego Pana. Niech ta radość i Wam się udzieli!

 

Czas Świętego Triduum Paschalnego był rzeczywiście przejściem od tego, co stare ku temu, co nowe. Był chwilą umierania, chwilą sobotniego spoczynku i chwilą wchodzenia w nową rzeczywistość. Na pewno musiały umrzeć wszelkie wyobrażenia, domysły, oczekiwania i porównania. Było po prostu inaczej niż w Panewnikach. Wyrazem spoczynku była moja „duszpasterska bierność”. Byłem, uczestniczyłem, dałem się poprowadzić; ale nie celebrowałem (raczej koncelebrowałem), nie głosiłem, nie sugerowałem rozwiązań. Po prostu chciałem zobaczyć jak to się dokonuje w Bimbo. Ostatecznie wszedłem w nową rzeczywistość, poprzez nowe zadania i obowiązki, które mnie w tym świętym czasie pochłonęły – kuchnia i ekonomia.

 

W Wielki Czwartek, wedle zapowiedzi obiad zjedliśmy u sióstr Dominikanek. Było bardzo smacznie : ) Buzia się uśmiecha, gdy pomyślę, że to już na stałe wejdzie w plan Triduum Paschalnego w Bimbo. Wieczorem uczestniczyliśmy w celebracjach Wieczerzy Pańskiej w Bimbo. Było mycie nóg oraz Pierwsza Komunia Święta dorosłych  - tych, którzy przekonwertowali na Kościół Katolicki, a zostali ważnie ochrzczeni w innych wspólnotach chrześcijańskich. Po uroczystościach zostaliśmy jakieś 15 min. na adoracji Jezusa w Ciemnicy. Wróciliśmy późno, ale ze smakiem zjedliśmy dobrą kolację. W piątek zabraliśmy się za małe porządki w domu. Wymietliśmy całą chatę, ze wszystkimi zakątkami i spiżarniami, a wieczorem udaliśmy się znów do parafii na Drogę Krzyżową o 17:00 i celebrację Liturgii Wielkiego Piątku. W ciągu dnia nie znalazłem chwili na to, by pójść do parafii na adorację, toteż wieczorem wybrałem się wcześniej, by móc spędzić kilka chwil przed Ciemnicą, zanim rozpoczną się obrzędy. Niestety Drogę Krzyżową, zwyczajowo odprawianą wokół kościoła, zorganizowano wewnątrz. Na domiar tego zanim wszystko się rozpoczęło, ludzie widząc księdza zaczęli garnąć się do spowiedzi. Nie żebym gardził – bardzo się tym ucieszyłem – ale pozbawiło mnie to już w ogóle czasu osobistej modlitwy. I tu jest chyba klucz do określenia tego czasu – mało miałem takich chwil spędzonych bezpośrednio z Jezusem. W Panewnikach była to każda wolna chwila. Ciemnica i Grób „znajdowały się w pobliżu”. Tutaj choć droga do parafii to jedynie jakieś 20 min., to jednak nie to samo co w seminarium. Plany modlitwy osobistej przed celebracjami liturgicznymi nie doszły do skutku, więc ostatecznie pozostałem trochę „spragniony”. W sobotę było podobnie. Przed południem zająłem się jajkami – wygotowałem w cebuli i „krosiłem kroszonki”. Robiłem to pierwszy raz i jestem zachwycony efektem ; ) Po południu natomiast, na prośbę o. Barnaby pojechałem z nim do sióstr Benedyktynek, by spowiadać wiernych. Barnaba spowiadał tam już przez ostatnie dwa dni, ale widząc tłumy wiernych skinął po towarzysza. Ludzi rzeczywiście było sporo i spowiadaliśmy do godziny 18:00. Piękny czas łaski. Na Liturgii Wigilii Paschalnej zostałem u Benedyktynek z tej racji, że w przyszłym roku to ja miałbym przewodniczyć liturgii – chciałem się więc przyjrzeć. Teoretycznie wszystko „według książki” ale jednak dało się wyczuć Afrykańskie Serce. Przede wszystkim w muzyce, w śpiewach. Preferuję – jeszcze - te polskie ; ) Z drugiej strony w rytmach afrykańskich „Radosne Alleluja” brzmi … radośniej. Nie do opisania też jest ewenement związany z wejściem do kościoła po obrzędach związanych z ogniem… Po prostu jak na otwarciu supermarketu. Wszyscy wchodzą wszelkimi możliwymi sposobami. Przy tym wielki hałas, szum i krzyk upominających. Trochę zatraciliśmy (bodajże na ten krótki moment…?) doniosłą atmosferę Wigilii Paschalnej. Trochę śmieszny był Paschał: sklejka metrowej, ozdobionej rury zakończonej 20 centymetrową świecą. Tego wieczoru też późno wróciliśmy do domu. Czekała już na nas cała „czelotka”, siedząc za stołem i zajadając kurczaki. Długiego świętowania nie było. W niedzielę rano ruszaliśmy na wioski. Z nich to przywieźliśmy góry bananów… - dary wiernych.

 

W poniedziałek zaprosiliśmy "okolicznych" Polaków na świąteczny obiad. Zjedliśmy, pogadali, a po wszystkim w mniejszym gronie pojechaliśmy nad rzekę schłodzić się w upalny dzień. Nad rzeką mniej komfortowo niż na basenie. Barnaba doskonale wiedział co trzeba zabrać i dlaczego – wziął ręcznik i tyle. Ja nastawiając się na plażowanie wziąłem poza ręcznikiem czapkę, okulary, książkę, telefon…etc. I przysporzyło mi to tylko problemów. Plaża jest raczej dzika, a na dodatek „czarna”. Wokół kręcili się rybacy i młodzież spędzająca wolny czas na popijaniu zimnych napojów przy plażowych butikach. Ogólnie – problem coś zostawić na brzegu bez opieki. Więc czatowałem dwa metry od brzegu… Barnaba zaś porzuciwszy dresowe spodnie, koszulkę i ręcznik ze spokojną głową wypłynął na głębokie wody. Na przyszłość będę mądrzejszy. Ci którzy dla mnie byli potencjalnymi złodziejami, dla Barnaby stali się niebawem towarzyszami rozmowy. Później i ja wdałem się w pogadanki. Chłopcy zademonstrowali nam rybę-balon, która pompuje się gdy wyczuwa niebezpieczeństwo. Mimo, że była już dłuższy czas poza wodą zachowała zdolności obronne (patrz zdjęcia). Wracając z plaży mieliśmy małe nieprzyjemności, bo grupka młodzieńców chciała od nas wymusić pieniądze, skoro przeszliśmy po kamieniach „które oni poustawiali”. Znów wieloletnie doświadczenie Barnaby okazało się kartą przetargową. Wróciliśmy cali, odświeżeni i … – ja – nieco spalony.