Bracia zaś, którzy udają [się do niewiernych niech] nie wdają się w kłótnie ani spory, lecz winni być poddanymi "wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga" (1 P 2, 13) i przyznawać się do wiary chrześcijańskiej.

7.04.2020, Boali, RCA
7.04.2020, Boali, RCA
Data: 2020-04-08

Moi Drodzy!

Mimo drzwi zamkniętych, zapukam i podzielę się z Wami tym, co dzieje się po drugiej stronie kurtyny, może nie żelaznej ale jednak. Przypuszczam, że to „dobry” czas na pisanie i na lekturę. Raczej nikt się nigdzie zbytnio nie spieszy.

U nas od nieco ponad tygodnia wprowadzili restrykcje – pozamykali restauracje, hotele, bary, kina, kluby nocne i kościoły… Aż dziwnie wymieniać to tak wszystko na jednym wydechu, ale tak to wygląda. Zdaje się jednak, że jednie te ostatnie są rzeczywiście zamknięte, co nie zawsze spotyka się z dobrym odbiorem Afrykańczyków. Tutaj jeszcze wciąż rozum pozostaje daleko za zmysłem wiary. I choć zawsze pozostaje on w tyle, nie nadąża, to jednak u naszych Afrykańczyków nie ma póki co tego „pędu by zrozumieć, by dogonić wiarę”. Może brzmi to bardzo nieżyczliwie i może nawet gorszyć… Gdy jednak pojawiają się głosy, że powinniśmy raczej wszyscy się zebrać na modlitwę, czuwać, być razem… a nie „zamykać kościoły”, no to nietrudno wyciągnąć wniosek, że „wierzenia” tłamszą dość skutecznie logikę i rozum. Gdy rozmawiałem z niektórymi spośród parafian, sami osądzali się dość sceptycznie, że „formacja Czarnych jest trudna” (tłumaczenie dosłowne). Inni mówią, że „póki czarny człowiek nie zobaczy śmierci, to nie uwierzy” (tłumaczenie dosłowne). Tak więc podejście jest raczej lajtowe. Na targu mówi się o „chorobie białych”, o tym, że miejscowy alkohol skutecznie chroni przed wirusem, oraz o tym, że Bóg nas uchroni przed pandemią… Tak więc życie publiczne toczy się nadal… bez wielkich zmian. Owszem w radiu nawołuje się do zachowywania restrykcji, do mycia rąk i do nie wychodzenia z domu. I ludzie słyszą o tym, wiedzą, ale nie stosują. W jakiejś mierze nie jest to wina Afrykańczyka. On po prostu tak żyje. Rano wychodzi z domu, by zarobić na wieczorny posiłek. Każdy dzień o siebie się troszczy. Życie towarzyskie jest jedną z niewielu godziwych rozrywek. A dom – jako budynek – służy zasadniczo tylko do spania. Trudno więc zmusić Go, by siedział w domu i nie spotykał się z ludźmi. Z drugiej strony… Bary są pozamykane, ale wedle relacji niektórych mieszkańców – które słyszałem na własne uszy – wchodzi się tylnymi drzwiami… Ludzie natomiast gromadzą się w domach, by sobie „odbić” brak oficjalnego wstępu do miejsc publicznych. Tak więc nocami można usłyszeć muzykę, tańce, śmiechy… Relacjonuję to co słyszę lub widzę tutaj w Boali. W Bangui podejście wydaje się być nieco bardziej poważne, choć bez szaleństwa.

Toteż w Boali jedynie celebracje liturgiczne są sprawowane bez Ludu Bożego: codzienne Msze, droga krzyżowa w piątek, adoracja w czwartek…  A wirus…? Hmm... cicho o nim. Niby jest. Ale skoro go nie widać to też za dużo się nie mówi. Poprzestaje się na powtarzaniu restrykcji – organizuje się spotkania (!?), by wszystkim przypomnieć o myciu rąk i nie witaniu się przez podanie dłoni, po czym wszyscy się żegnają wymieniając uściski…W jedynym z nich miałem okazje uczestniczyć. Było to jeszcze przed pozamykaniem szkół, kościołów i innych budynków użytku publicznego, ale już po pierwszych przypadkach pandemii w RCA, i pierwszych wprowadzonych restrykcjach (mycie rąk, nie witanie się przez podawanie ręki etc.) Tak więc rzeczywiście jesteśmy w rękach Boga, i tylko Boga. O przypadkach nowych zarażeń wiele oficjalnie nie wiadomo. Niektórzy mówią że od początku marca mamy 8 przypadków zachorowań…, trzy już wyleczone (nic tylko aplikować środkowoafrykańskie wzorce, skoro tak skuteczne!)  A umarli nie mówią, więc też cisza.

Ale nie jest aż tak ponuro. Afryka pozostaje kolorowa, słoneczna i pełna życia : ) I choć zasadniczo każdy poruszany temat sprowadza się do magicznego słowa „coronavirus”, to jednak spróbuję podjąć kilka innych myśli.

Zanim jeszcze na dobre pozamykano nas w domach, miałem w planie wyjazd na kolejne wizyty duszpasterskie na wioskach, dokładnie w dniach 26-29 marca. Na wioskach ludzie słuchają radia. Toteż wszyscy byli uświadomieni co do prewencji przed wirusem. Nikogo nie uraziła moja wstrzemięźliwość przy powitaniu, ale też nikomu nie przeszkadzała moja obecność by uściskać dłonie pozostałym osobom. Jako że sam rzadko słucham radia, toteż w niedzielę, nieświadomy zakazu gromadzenia wiernych na liturgii, który wszedł w życie w piątek, sprawowałem Mszę z Ludem Bożym. Chyba jedna z nielicznych w całej RCA (wiem, że w Rafaï też jeszcze w tym dniu sprawowano Eucharystię z wiernymi. Była to okazja, by wszystkich odpowiednio poinstruować). Ryzyko tak w Ngodoforo (gdzie odprawiałem niedzielną celebrację) jak i w Rafaï było w tych dniach rzeczywiście minimalne, bo i jedni i drudzy są dość skutecznie „odcięci od świata”.

W drodze do wiosek przejeżdżałem przez Mandjo – wioskę gdzie odwoziłem ostatnio chorą kobietę, o której wspomniałem w ubiegłym liście. Mama ma się świetnie. Wybiegła z domu na moje powitanie : ) W tej samej wiosce zatrzymała mnie konieczność zweryfikowania podjętych prac budowlanych przy nowej kaplicy. Póki co mieszkańcy pracują przy gromadzeniu kamienia pod fundamenty. Kamień wydobywają ze skały, która znajduje się pod powierzchnia ziemi a w niektórych miejscach ukazuje się na jej powierzchni. Istne kamieniołomy! Mężczyźni ciosają skały a kobiety transportują kamienie na głowach, by zgromadzić je na placu budowy. Jeśli utrzymają rytm pracy, uda nam się położyć fundamenty zanim zacznie obficie padać.

W innej wiosce dyskutowaliśmy nad szansami otwarcia szkoły. Są to wioski gdzie dzieci i dorośli pozostają analfabetami i nie ma nikogo kto mógłby ich uczyć. Od czasu do czasu się organizują, znajdują kogoś, kto mógłby podjąć pracę jako nauczyciel. Zbierają drobne fundusze, by rozpocząć edukację. Ale nie trwa to długo. Czasami do przerwy świątecznej, czasami uda im się skończyć rok. Ale nie ma kontynuacji. Wszystko rozbija się o pieniądze – albo nauczyciel znajduje inną pracę, lepiej płatną, albo rodzicie przestają płacić i szkoła przestaje działać. W ostatnich miesiącach próbowałem dogadać się z niektórymi przedstawicielami wiosek, by połączyć 2-3 wioski, które znajdują się w pobliżu i otworzyć szkołę. Dzieci opłacałyby jakąś drobną część a resztę opłacałaby parafia – czytaj dobrodzieje z Polski a może i z RCA.

Miesięczne wynagrodzenie nauczyciela musi być równe temu które otrzymują nauczyciele w Boali (w przeciwnym razie nic ich nie będzie trzymało na oddalonych wioskach, gdy zrodzi się perspektywa pracy w Boali lub innym „mieście”). Wobec tego oscyluje to wokół 40.000 franków (61€ lub 267 zł). Potrzeba opłacić ich pensje przez 9 miesięcy. To daje 2.400 zł. W najlepszym wypadku otworzymy trzy szkoły, czyli w sumie dla 7 wiosek. Nie jestem jednak takim optymistą. Może uda się otworzyć jedną. Byłoby super. Inicjatywa miałaby ruszyć wraz z nowym rokiem szkolnym. Wówczas to zwrócę się do Was z gorącą prośbą o wsparcie. Na razie czekam, aby wioski przedstawiły propozycję nauczyciela i listę uczniów. Później ruszymy z dalszymi szczegółami.

Po moim powrocie, w niedzielę 29 marca, pozostaję w Boali. Mój współbrat pojechał na 4 dni do Bangui, na przedświąteczne zakupy. Tymczasem pozostawałem sam na stanowisku. Z racji na Niedzielę Palmową, zaproponowałem parafianom, poprzez przesłanie listów do odpowiedzialnych wszystkich grup parafialnych, aby przynieśli palmy do poświęcenia. Już w ubiegłych latach pisałem Wam o wielkiej wadze tego święta w oczach Środkowoafykańczyków. A myślę, że drobne symbole mogą im pomóc w przeżywaniu tych świąt. Toteż w Niedzielę Palmową sprawowałem Eucharystię przy ołtarzu u którego stóp złożono dość pokaźną górę palm. Po Mszy wierni mieli odebrać złożone i na różny sposób poznaczone palmy. Tych, którzy przychodzą, obdarowujemy świecami, które miały posłużyć im jako kolejny symbol – na wieczorną modlitwę w Wigilię Paschalną. W liście skierowanych do chrześcijan w Boali, zaproponowałem także wieczorną modlitwę w Wielki Czwartek, która mogłaby być naznaczona dzieleniem się chlebem w gronie najbliższej rodziny. Zaś na Wielki Piątek – adorację krzyża. Korespondencja listowa to nie facebook ani WathsApp, tak więc nie mam póki co wieści na temat feedback-u… W tutejszych realiach trzeba poczekać trochę dłużej.

Ostatnie dni w domu, samemu i bez wielkich obowiązków, przysparzają mi okazji do głębszej medytacji Słowa, do lektury oraz do obejrzenia filmów. Chciałbym się z Wami po krótce podzielić tym com usłyszał.

Zdecydowanie słowem kluczowym w te święta jest „samotność”. Chyba każdy z nas jej teraz doświadcza. Ona toruje nam piękną ścieżkę przez czas Wielkiego Tygodnia. Wpierw myślę o triumfalnym wjeździe Jezusa do Jeruzalem. Jezus jest otoczony tłumami, witany, pozdrawiany. Jednak obecność tych ludzi wcale nie zaspokaja jego pragnienia spotkania, a jedynie pogłębia poczucie samotności, bycia niezrozumianym. I każdy kolejny dzień tę samotność jeszcze bardziej wyjaskrawia.

Jezus wchodzi do każdego miasta, zamkniętego domu. Myślę, że przywitalibyśmy Go z podobnym entuzjazmem – w końcu ktoś nas odwiedził! Pozostaje pytanie co dalej…

Obok tej myśli rodzi się we mnie jeszcze inne zapytanie. We wszystkich czytaniach tej niedzieli, ujmuje mnie fakt, że wszystko dzieje się wedle słów proroków. Jezus wjeżdża na osiołku wedle słów Zachariasza. W ogrodzie Oliwnym, gdy uczeń wyjmuje miecz i Jezus go powstrzymuje, powołuje się na Pisma: „Jakże więc wypełnią się Pisma, że tak się stać musi?”, czy też gdy podsumowuje: Lecz stało się wszystko, by się wypełniły Pisma proroków.

W Ewangelii Mateusz często przywołuje słowa Proroków jako pieczęć dla tego co Jezus zrobił lub powiedział.

Myślałem nad Jezusem. On znał wszystkie proroctwa. Wiedział co odnosiło się do Niego. I pytam siebie, czy Jezus każdego dnia „szukał” u proroków tego co miał wypełnić? Czy pytał siebie: Co ja powinienem zrobić? Czy był „aktorem” który „gra” powierzoną mu rolę? To pytanie o Jezusa, jest pytaniem o mnie. Grać czy żyć? Realizować scenariusz czy tworzyć historię? Być aktorem czy …być sobą?

Szukając odpowiedzi wracam do Jezusa. Choć wierzę, że przyszedł na ziemię, aby wypełnić wolę Ojca, aby „wypełnić Prawo”, aby zrealizować powzięty przed wiekami plan… to jednak nie potrafię przetrawić w sobie, że miałby być robotem do wykonania zadania. Jezus żył, a nie grał. Tworzył historię a nie tylko realizował scenariusz nakreślony przez Ojca słowami proroków. Jezus nie jest aktorem. Jest sobą. Myślę, że On po prostu czynił to co serce/Duch/inspiracja mu podpowiadała. A później (być może już w przeciągu kilku sekund) „słyszał” słowa proroka, który niejako mu potwierdzał: tak, to jest to co trzeba czynić.

Wiem, że to niuans, i „wychodzi na to samo”. Ale mnie to jakoś drążyło. Często się pytam, czy dobrze robię (zrobiłem), czy nie czynię przypadkiem bardziej według swojej woli niż według Bożej… Mam wątpliwości. Ale przychodzą takie momenty na medytacji Słowa, w których odnajduję się w Biblii. Nagle okazuje się, że Pan dał mi słowo prorockie, potwierdzenie, słowo które mi mówi: "Szymek, dobrześ to zrobił. Podoba mi się. Jestem dumny". A przecież wydawało mi się, że zrobiłem to po swojemu. I takie Słowa wypełniają mnie radością. Odnawiają przeświadczenie, że moje życie ukryte jest w Chrystusie=Słowie. Że o moim życiu wszystko już zostało powiedziane, za-prorokowane. Oraz to, że Duch wciąż do mnie mówi we wnętrzu mej izdebki.

Wchodzimy w ten czas Słowa, które odczuwa wszystkie konsekwencje stania się Ciałem – ból, smutek, odrzucenie, niezrozumienie, granice… Niech nasza bliskość wobec tego Ciała, w samotności, w cierpieniach, w niecierpliwości, w niezrozumieniu etc. sprawi, że odczujemy wszystkie skutki skierowanego do nas Słowa.

Idźmy dalej. Do Betanii. W całym opowiadaniu z Betanii właściwie przycupnąłem sobie jedynie przy trzecim wierszu: Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku.

Po pierwsze Marii nie było szkoda, by użyć czegoś co chowała od dawna na szczególną chwilę. Nie odkłada na „lepszą okazję”. Ona uznała: Jezus jest tego warty. Ta chwila jest warta przeżycia. Jest warta zainwestowania w nią całego mojego bogactwa. To jest ta chwila gdy jesteś w domu, chwila, która wydaje się banalna. Ona jest warta drogocennego skarbu.

Ona, Maria, namaszcza olejkiem nogi Jezusa i te nogi obciera swoimi włosami, przez co jej włosy stają się namaszczone. Widzę tu piękną komunię. Komunię zapachu. Oni mają odtąd coś wspólnego. Dom napełnił się wonią olejku, który ma swoje źródło w nogach Jezusa i we włosach Marii. Wspólne źródło. Kto poczuje zwraca swe oczy na Marię i Jezusa. Oni stają się jedno. Perfum który scala Jezusa z Marią. Pachnieć kimś… Pachnieć Chrystusem… Często tak mawiał nasz śp. o. Jozafat.

Greckie słowa, nie odkrywają „nowych przestrzeni” ale koloryzują tę już zarysowaną: Dom nasycił się, zaspokoił się, urzeczywistnił się zapachem rzeczy powabnej, czarującej.

Komunia Jezusa z Marią nasyciła cały dom, coś urzeczywistniła (może urzeczywistniła właśnie dom…, że stał się on Domem).

Trochę mi brakuje słów, by to jakoś rozwinąć, wydobyć coś głębszego. Zostałem z tym zdaniem: pachnieć Chrystusem. Jak to jest? To jest chyba tak, że gdy ktoś przechodzi, ten ktoś się nagle zatrzymuje, odwraca głowę, wciąga raz jeszcze powietrze i mówi z pewnym zawieszeniem głosu: „Miałem wrażenie, że to Jezus…”

Maria jest zapachem Jezusa. Odczuć obecność Jezusa zmysłami. Albo jeszcze bardziej: moją obecnością dać odczuć obecność Jezusa przez zmysły.

By pachnieć Chrystusem, chcę z Nim przebywać. Prosta sprawa – komunia. Dziś tak „niedostępna” (?)  Myślę, że pragnienie Komunii Świętej jest jednym z największych niezaspokojonych pragnień tego czasu. Historia z Betanii pokazuje mi, że komunia z Jezusem może być komunią zapachu… komunią zmysłów… komunią u której podstaw jest jakiś drogocenny dar, który sprawia że jestem jedno z Jezusem. Myślę, że dziś piękną drogą Komunii z Bogiem może być Jego Słowo. Dlatego powtórzę:

Wchodzimy w czas Słowa, które odczuwa wszystkie konsekwencje stania się Ciałem. Niech nasza bliskość wobec tego Ciała sprawi, że odczujemy wszystkie skutki skierowanego do nas Słowa.

 

W końcu docieramy do Wieczernika. Słowa odczytywane w Kościele w Wielki Wtorek, pokazują nam jeden z najbardziej intymnych momentów relacji Jezusa z uczniami. Wiele nam o tym mówi. Jest to przede wszystkim Ostatnia Wieczerza, czyli czas pożegnań, rozstania, rozdzielenia. Zobaczmy, że uczniowie leżą przy Jezusie, Jan spoczywa wręcz na Jego łonie (piękne jest odniesienie do pierwszego rozdziału z Ewangelii Jana, w hymnie o Słowie, mowa jest o tym, że Syn, Jednorodzony Bóg, jest w łonie Ojca). Innym elementem świadczącym o zażyłości między uczestnikami Wieczerzy jest gest Jezusa, który podaje umoczony kawałek chleba. On karmi swoich przyjaciół własną ręką. Ewangelista podkreśla bliskość relacji w tym zalążku Kościoła, który gromadzi się w Wieczerniku. Staje się ona sposobnością do zwierzeń, otwierania serca. I Jezus to czyni. Z wielkim przejęciem wydobywa słowa ze swego serca. Także Apostołowie, mówią o rzeczach najważniejszych. Piotr wyznaje miłość, przywiązanie. Ten obraz budzi we mnie westchnienie, za tak pięknymi relacjami. Budzi tęsknotę za przyjaźnią, za zaufaniem, za wzajemnym dzieleniem się.

W tej przestrzeni Jezus ma odwagę podjąć tematy najtrudniejsze. Sam wychodzi z inicjatywą. „Jeden z Was mnie zdradzi”, „jeszcze krótko jestem z Wami…”.

Temat zdrady jest tematem bardzo drażliwym. Jezus mówi Judaszowi: co czynisz, czyń czym prędzej. To znaczy, już kroczysz po ścieżce zdrady, już się oddalasz, już się wypierasz… ale jeszcze nie zrealizowałeś, jeszcze nie dopełniłeś, jeszcze nie „przegrałeś”. Często tak jest, że choć jeszcze „nie zepsułem” to już myślę jak to zepsuć. Judasz miał już wszystko w głowie poukładane. Brakowało tylko realizacji. Chyba każdy z nas się w tym odnajdzie, w tym planowaniu „zdrady”. Jak, by to zrobić, by to jednak jakoś dobrze wyglądało…

Całość zebrana razem daje niezwykły obraz Jezusa. On który wiedział, który znał Pisma proroków, on który zdawał sobie sprawę, że im większa bliskość tym większy będzie ból zdrady, wybrał Apostołów – wszystkich dwunastu. Mało tego. Gdy już się wszystko zaczęło walić, zaprosił ich na Wieczerzę – wszystkich(!), gdzie więzi zażyłości stały się jeszcze mocniejsze. Jezus nie rezygnuje z bliskości choć ryzyko zdrady rośnie wprost proporcjonalnie do intensywności przywiązania w relacji. To jakby odpowiedź na gest Marii w Betanii – dla Jezusa Apostołowie są tego warci. Ta chwila przyjaźni jest warta przeżycia. Jest warta zainwestowania w nią całego mojego bogactwa. Ona jest warta drogocennego skarbu. Niezależnie od tego co przyniesie jutro.

Takie to owoce Słowa we mnie. Zapraszam każdego z Was, by wejść w ten czas ze Słowem.

Ze Słowem, które odczuwa wszystkie konsekwencje stania się Ciałem. Niech nasza bliskość wobec tego Ciała sprawi, że odczujemy wszystkie skutki skierowanego do nas Słowa.

Błogosławię Was z serca!+

Niech to będzie Wielki Tydzień!