Wszystkich Świętych po afrykańsku
Wszystkich Świętych po afrykańsku
Data: 2018-11-08

W kolejnym liście, napisanym ręką misjonarza z Republiki Środkowoafrykańskiej - o. Symeona, można przeczytać m. in., jak wygląda tam uroczystość Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny...

 

2 listopada 2018, Bimbo, RCA

 

Uroczystość Wszystkich Świętych stałą się dla nas okazją na wspólnotową wycieczkę. Może to brzmi dziwnie w polskich realiach… Jednak tradycyjną modlitwę za zmarłych rezerwujemy na drugi dzień listopada, podczas gdy pierwszego, dzień wolny od pracy, cieszymy się naszą wspólną uroczystością. Postanowiliśmy więc wybrać się na wycieczkę. Przyznam że do końca nie byłem pewny czy powinienem pojechać, z racji na stan zdrowia. Słabo się ostatnio czułem. Ponad tydzień temu leczyłem się na malarię ale osłabienie pozostało. Zacząłem brać witaminy, ale wielkiej poprawy nie było. W końcu skorzystałem z rad jednej z sióstr dominikanek - pielęgniarki, by pozwolić sobie podać glukozę i witaminy przez kroplówkę. Tak więc w niedzielę po zakończeniu rekolekcji u benedyktynek bezpośrednio zajechałem do dominikanek. Tam siostra zaczęła przygotowywać kroplówkę. Okazało się jednak, że glukoza była przestarzała mimo, że data ważności wskazywała na rok 2019. Coś wewnątrz pływało. Więc z powrotem wsiadłem do auta i już po zmroku pognałem do przychodni św. Ojca Pio, gdzie sprzedano mi glukozę. Brakowało tam jednak witaminy B12, którą siostra zdążyła już zmarnować wstrzykując do przestarzałej glukozy. Tę znalazłem w małej farmacji przy drodze. Kolejne wezwanie to wbić się w moją żyłę. Pochowały się wszystkie. Jedno ramię, drugie ramię, potem próby przy nadgarstku… Skłaniano się już do opcji, by wbijać się do żyły na nodze. Ale jednak się udało. Kroplówka ruszyła a siostry poszły na wieczorne modlitwy zostawiając mnie w salonie. Zająłem się lekturą. Tym razem „Suma wszystkich strachów” Toma Clancy. Po jakiejś pół godzinie kroplówka się jednak zatrzymała. Siostra więc igłę wyjęła i zaczęła próbować w drugim nadgarstku. Tym razem już bez problemów. Przy całej gamie przygód pozostałem u sióstr do ok 22:15. W poniedziałek miałem powtórzyć zabieg ale nie zdążyłem. Podjąłem go we wtorek. Też było trochę problemów ze wkłuciem, ale ostatecznie się udało i po kolejnych 3h lektury (w tym i drzemki) wróciłem do domu, jak nowo narodzony. Rzeczywiście siły mi wróciły.

 

Wróćmy jednak do pierwszolistopadowej wycieczki…

Wybraliśmy się zatem wraz młodymi braćmi do sąsiedniej diecezji, do Mbaiki. To jakieś 100 km drogą asfaltową. Jednak po porze deszczowej jest na niej wiele dziur, więc podróż jest dość męcząca. Po drodze przejeżdżaliśmy przez Berengo, miejscowość gdzie znajduje się baza rosyjskiego wojska, które formuje armię narodową (FACA – Force Armée Centrafricaine) oraz zatrzymaliśmy się w Bobangui, rodzinnej miejscowości pierwszego prezydenta RCA, Barthelemy-go Bogandy. Znajduje się tam dość pokaźny monument i grób ówczesnej głowy państwa. Do Mbaiki dotarliśmy ok godziny 11:00 po porannej Mszy w Bimbo. Odwiedziliśmy biskupa Rino, zwiedziliśmy katedrę, pomodliliśmy się modlitwę brewiarzową i wjechaliśmy do centrum miasta, by coś zjeść. Złapała nas tam straszna ulewa, więc dobrze było posiedzieć w „restauracji” pod blaszanym dachem. Podano oczywiście maniok i tym razem załapaliśmy się na sibisi (czyli zwierzę leśne, większe od szczura). Jeden z braci zamówił jednak podroby z kozy. Wyglądało mało apetycznie. Po sutym obiedzie zajrzeliśmy do oddziału Uniwersytetu z Bangui. To dość duży teren, gdzie znajdują się klasy wykładowe, czteropiętrowy akademik i budynki gospodarcze. Jest tu bowiem odział weterynarii i leśnictwa. Następnie skierowaliśmy się do małej kapliczki Serca Pana Jezusa na obrzeżach miasteczka, gdzie rozpościerał się piękny widok na zalesioną dolinę. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się u sióstr Misjonarek Miłości na kawę. Do domu wróciliśmy na godzinę 19.00.

 

Dziś natomiast normalny dzień pracy. Wieczorem jednak spotkamy się z młodzieżą w kościele parafialnym na Mszy z udziałem bp. Zbigniewa i modlitwie za zmarłych uczniów, studentów i młodzież z naszej parafii.

 

Pierwsze dni listopada w RCA niezbyt harmonizują ze wspomnieniami z Polski. Podobnie jak przy innych uroczystościach, pozbawieni polskiej otoczki, jesteśmy wezwani, by wejść w głębię tych wydarzeń, by odkryć ich sens. Dziś odczytaliśmy Ewangelię według św. Jana, gdzie wsłuchaliśmy się w mowę Jezusa na temat pokarmu który nam daje. „Kto spożywa moje ciało i krew moją pija, ma życie”. Jest to oczywiście wezwanie do pełnego uczestnictwa w Eucharystii. Przyjąć Jezusowe Ciało, nakarmić się Nim, w Nim się odnaleźć. Święty Jan jednak podkreśla, że nie chodzi o ciało uwielbione, o ciało (gr. fr. le corps) bez skazy, o ciało piękne i chwalebne, ale o ciało (gr. sarks, fr. la chair) ziemskie, słabe, ograniczone, śmiertelne. Przyjąć należy zatem Jezusa także w Jego cielesności, człowieczeństwie, w tym wszystkim w czym był słaby: zmęczeniu, roztargnieniu, odpoczynku, zdenerwowaniu. Przyjęcie Jezusa pociąga za sobą akceptacje dla samego siebie – pokochać i nakarmić się moimi niemocami, moimi limitami, a w końcu także perspektywą mojej śmierci. To właśnie w tych przestrzeniach wyraźniej przebija się moc i chwała Boga, który działa w nas wierzących. Życzę Wam takiego wglądu w siebie – gościnnego i pełnego akceptacji.

 

Wszystkim hojnie błogosławię +