Bracia zaś, którzy udają [się do niewiernych niech] nie wdają się w kłótnie ani spory, lecz winni być poddanymi "wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga" (1 P 2, 13) i przyznawać się do wiary chrześcijańskiej.

3.02.2022, Boali, RCA
3.02.2022, Boali, RCA
Data: 2022-02-10

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Wraz z nowym rokiem weszliśmy w epicentrum pory suchej. I staje się ona coraz mniej przyjemna. Są to dni, gdy temperatura w ciągu dnia pnie się coraz bardziej w górę (ostatnio ok 38*C), zaś poranki witają nas swoistym chłodem. Ostatnio nawet ok 17/18*C. Takie wahania sprzyjają przeziębieniom. I ludzie z zasady są na to przygotowani i nastawieni że trzeba swoje odchorować. Jednak tegoroczne przeziębienia i grypy są wyjątkowo dokuczliwe. Zasadniczo wszyscy męczą się z katarem, kaszlem, osłabieniem. Raczej nie spotyka się jakichś ekstremalnych przypadków, choć dochodzą nas słuchy o przypadkach śmiertelnych, że ktoś tam umarł i że w ostatnim czasie chorował i bardzo kaszlał etc. Pewnie dla Was, czytelników, opis ten automatycznie wywołuje jedno słowo „Omikron”. Tutaj jednak wciąż mówi się o grypie i żyje się dalej. Jedynie dla własnej ciekawości nieraz dopytuję chorych o objawy i nabieram coraz większego przekonania że omikron nas odwiedził. Gdzieś tam komuś wspomniałem, że prawdopodobnie dotarła do nas aktualna „wersja” covida. W odpowiedzi usłyszałem, że w takim razie mamy do czynienia z … drugą falą pandemii… Oto poziom świadomości naszych parafian. Na szczeblu oficjalnym coś tam czasem drgnie. Na wioskach dowiedziałem się że w Boali można się zaszczepić na coronę. Sam mieszkając w Boali jakoś o tym nie usłyszałem. Zaś w ostatnich tygodniach, w Boali, w miejscach strategicznych (targ, skrzyżowania, bariery wjazdy i wyjazdu do miejscowości) pojawiły się dystrybutory z wodą, którym asystują kobiety odpowiedzialne za uzupełnianie wody. W teorii ludzie mieliby myć ręce przechodząc. W praktyce, bidony raz napełnione nie opróżniają się, a „asystentki” inkasują kasę za wypełniane formularze zgłaszające liczne grono osób myjących ręce. I tak to oto nabywamy odporność stadną.

Coraz bliżej nam jednak do „przełamania” chłodów, kiedy to amplituda się stabilizuje i robi się ogólnie cieplej i przyjemniej. Zatem i nasza grypa nas opuści jak co roku i będziemy cieszyć się rześkim a nawet dusznym powietrzem. Póki co w powietrzu unosi się wiele pyłu i kurzu. Zawiewa silnymi wiatrami, z czego nasze wargi wysychają i pękają a oczy łzawią podrażnione unoszącym się pyłem.

Ta pora – sucha (od listopada do kwietnia) sprzyja wyprawom na wioski. Więc jeżdżę z nadmierną regularnością. Ostatnim razem pisałem o moich wizytach w listopadzie i w grudniu. Wraz z nowym rokiem ruszyłem znowu. Byłem na siedem dni w styczniu oraz na pięć dni na przełomie stycznia i lutego.  Skorzystałem też z wizyt w Bangui aby nacieszyć się orzeźwiającą kąpielą w basenie. Pogoda jest bankowa – żar z nieba i brak deszczu. W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan udało nam się zorganizować ekumeniczne spotkanie, w zeszłą sobotę wraz z katechistami przeżywaliśmy dzień skupienia. Pośród tego wszystkiego pozwolę sobie jednak skupić się jedynie na ostatnich wrażeniach z mojej wyprawy na wioski.

Wybrałem się do trzech wiosek na 5 dni. W drodze powrotnej zaplanowałem jeszcze spotkanie w jednej wiosce gdzie nie ma póki co kaplicy katolickiej ale czynimy starania, by założyć tam wspólnotę. Pierwsze trzy dni spędziłem w Bobissie. Pojechałem wczesnym rankiem w niedzielę na Eucharystię i pozostałem do wtorkowego południa. Takie dłuższe wizyty są w moim wykonaniu coraz rzadsze. Ostatnimi miesiącami zredukowałem moje tournée do jednej nocy na wiosce z racji na brak czasu a sporą liczbę wiosek. Ogranicza mnie też trochę zobowiązanie do katechez dla kandydatów do bierzmowania – w każdy piątek i sobotę. Staram się wówczas być na miejscu ale czasem i tak się nie udaje i wówczas zastępuje mnie któryś z katechistów. Doświadczenie pokazuje jednak że dwudniowe pobyty na wioskach są nieprzecenione. Zwłaszcza tym razem, by w Bobissie spędziłem prawie trzy pełne dni, pokazały mi jak wiele spraw „odkrywa się” dzięki dłuższej obecności. W przeciwnym razie realizuje program: katechumeni, katechiści, rada duszpasterska, spowiedzi, Msza, odwiedziny chorych i pakowanie do dalszej podróży – brak miejsca na „nieprzewidziane”. Natomiast gdy jestem na wiosce dwie noce, wówczas mam czas na spacer, na indywidualne spotkania z niektórymi wiernymi, by przyjrzeć się z bliska ich sytuacji. Duszpasterstwo staje się bardziej indywidualne niż masowe. Tak oto dzięki rozmowom i różnym spojrzeniom na tę samą rzeczywistość udało się posunąć kilka spraw do przodu. Nade wszystko sprawa sakramentów. Okazuje się że do czerwca, w moim leśnym sektorze (12 wiosek) będziemy mieli aż cztery śluby kościelne! W zeszłym roku mieliśmy 3 śluby w całej parafii. I są to pary o których nie myślałem ze mogliby się pobrać. Przynaglałem jednych a z inicjatywą wychodzą drudzy. Tak to Pan zbiera tam gdzie nie posiał…  (Mt 25,26). Akurat w Bobissie do małżeństwa przygotowuje się katechista a zarazem nauczyciel w szkole. W tejże wiosce wierni mobilizują się do budowy kaplicy. Przed kilku(nastu?) laty zostały wylane fundamenty. Co roku rozmawiamy na temat wypalania cegieł i wzniesienia murów… Ale na rozmowach się kończyło. Tym razem sprawa ruszyła. Cegły są magazynowane przy fundamentach. Zebrali pieniądze na zakup cementu (część będzie trzeba im dorzucić) a na 15 lutego zaplanowaliśmy transport piasku – ludzie będą czerpać piasek z rzeki i gromadzić go przy drodze, z której załadujemy go na ciężarówkę i podwieziemy jakieś 3km do wioski.

Budowa kaplic to nie temat tylko dla Bobissy. W moim sektorze rozpoczęły się budowy czterech kaplicy. Koszt każdej to ok 12.000 €. Ale koszty spadają dzięki zaangażowaniu chrześcijan. Wypalają cegły, znoszą kamień na fundamenty, gromadzą piasek i żwir. Główny wydatek to cement a później krokwie i blacha na pokrycie dachu. Niektóre wioski są w stanie zaoszczędzić pieniądze i pokrywają cześć kosztów cementu. Inne stać jedynie na prace na miejscu a o cement muszę postarać się osobiście, co wciąż się udaje dzięki Waszej pomocy. Niech Pan Wam wynagrodzi!

W Bobissie, jak wspomniałem jest także szkoła. Funkcjonuje ona w kaplicy, ale już od ponad roku mowa jest o tym że trzeba wybudować oddzielny hangar, gdzie dzieci mogłyby się uczyć. Jako że robota nie postępowała, postanowiliśmy że w ostatnim dniu mojego pobytu, po porannej Mszy ruszymy wszyscy na plac budowy i postawimy hangar. Praca mogłaby się skończyć w ciągu jednego dnia ale brakło sznura – lniany którą dzień wcześniej mężczyźni pościnali w lesie. Prace miały być kontynuowane po moim wyjeździe i w drodze powrotnej widziałem jej efekty.

W tym roku szkolnym wspieramy pięć szkół na wioskach. Rodzicie opłacają dzieci (2zł/miesiąc) co stanowi wynagrodzenie nauczyciela (mając ok50 uczniów, pensja nauczyciela wynosi 100zł. Z naszej strony, do zgromadzonych przez rodziców funduszy dorzucamy ok 70zł, by w ten sposób „zakorzenić” nauczyciela w szkole. Bez tego „dodatku” nauczyciel w okolicach świąt Bożego Narodzenia stwierdza że mu się nie opłaca i rzuca szkołę dla pola albo jakiegoś drobnego komersu. Do tych wydatków dochodzą koszty zeszytów, długopisów i tabliczek oraz kredy, które to opłacane są z pieniędzy uzbieranych w Polsce.

We wtorek miałem udać się do Yewere ale w przeddzień wyjazdu doszły nas wieści o śmierci pewnego chłopca w Lambi. To miejscowość oddalona ok 7km. Takie wydarzenia totalnie burzą plan duszpasterski. Ludzie, dowiedziawszy się o śmierci, ruszają stadnie w kierunku miejsca żałoby. Rzucają wszystko, znajdują pieniądze i idą. Na miejscu część nocuje. Jest to jakaś nadzwyczaj mocna tradycja. Każda wioska robi zbiórkę pieniędzy by obdarować pogrążonych w żalu członków rodzinny. Mobilizacja jest nieporównywalna z żadną inną inicjatywą. Zatem nie było sensu zatrzymywać się w opustoszałym Yewere. Ruszyliśmy dalej, kolejne 16km do Bodadoli. Stamtąd ludziom było za daleko by ruszać do Lambi. I była to wyprawa opatrznościowa.

W momencie naszego przyjazdu zastaliśmy wioskę pozornie opustoszałą. Zatrzymaliśmy się przy domu dawnego katechisty (który to utopił się we wrześniu, o czym pisałem jakiś czas temu). Jego żona z która zawarł związek małżeński rok temu była wewnątrz. Nie ona sama. Okazało się że jedna z dziewczyn dopiero co porodziła i kobity asystowały przy porodzie. Po wejściu do domu moim oczom ukazano dzieciątko z jeszcze nie odciętą pępowiną (tzn odciętą od matki ale nie od noworodka). Chłopak. Nazwano go Symeon. Bo i Ewangelia w tych dniach przywoływała tę postać (dotarliśmy 1 lutego a Msza była sprawowana 2 lutego). Ponoć poród dokonał się w lesie. Mama poszła zanieść maniok do rzeki wraz z Adele (żona katechisty). W pewnym momencie okazało się, że nadszedł czas rozwiązania. Akuszerka zajrzała pod spódnicę i stwierdziła że do domu nie zdążą  wrócić. Dziewczyna porodziła, owinęła w pieluszki i wróciła do domu. Wykąpała się i zastałem ją siedzącą przy dziecku opatrywanym przez Adele. Następnego dnia dziecko zostało przedstawione Panu Bogu, jak to w Ewangelii dokonało się przy udziale proroka Symeona.

Po tym pięknym powitaniu mogliśmy odkrywać dalsze cuda które dokonują się w Bodadoli. Po śmierci Celestena, katechisty, jedynego człowieka, który potrafił czytać, z trwogą spoglądaliśmy na dalsze dzieje wspólnoty katolickiej. Zwłaszcza że wioska słynie z fetyszy, magii i talizmanów. W kościele właściwie gromadzą się same kobiety. Mężczyźni boją się że przychodząc do kościoła ich talizmany przestaną działać. Wieczorem, w dniu naszego przyjazdu, jak to mamy w zwyczaju, gromadzimy wiernych na modlitwie różańcowej. Przyszła spora liczba mieszkańców. Wszyscy ci którzy byli ochrzczeni w kwietniu 2021 oraz inni, którzy sympatyzują. Nazajutrz spotkaliśmy się na Eucharystii oraz katechezie o roku liturgicznym, po czym podjęliśmy rozmowę na temat dalszych losów wspólnoty. Okazało się że są kolejni katechumeni. Szef wioski, członek kościoła baptystów, wyraził pragnienia wstąpienia do Kościoła Katolickiego. Jest on gotów w niedalekiej przyszłości podjąć się nawet posługi katechisty, jako że potrafi czytać i pisać. Dotychczas, przez ostatnie 4 miesiące coniedzielną modlitwę prowadzi pewna chrześcijanka, która przybyła do wioski z Bogoury (wioska naszej parafii przy głównej drodze). Potrafi czytać, zatem co niedzielę odczytuje Ewangelię i prowadzi różaniec. Na tym bazuje wiara naszych chrześcijan w Bodadoli. Dobre wieści stały się dla nas rzeczywiście Dobrą Nowiną, Ewangelią.

Sama wioska także prosperuje dobrze. Podczas naszej obecności wielu pasterzy Bororo zawitało do wioski, by zakupić maniok, kukurydzę, cukier, sól… Plemię Bororo to nomadzi. Wypasają krowy i nie mają stałego miejsca zamieszkania. Idą tam gdzie znajduj pastwiska. Zatrzymują się na jakiś czas – miesiąc, czasem nieco dłużej, i znów ruszają. Obozują w okolicach wiosek. W ten sposób znajdują to czego nie mają „u siebie”. Taka obecność to w dużej mierze błogosławieństwo – ludzie znajdują rynek zbytu i automatycznie ceny idą w górę. Ale obecność krów w okolicy niesie ze sobą ryzyko że zniszczą pola przechodząc przez nie. Niejednokrotnie są to powody starć, nawet samosądów… Bororo maszerują z całym swoim dobytkiem, targanym przez osły, zatem każdy mężczyzna jest uzbrojony. Mają łuki i strzały. Część z nich nosi ze sobą strzelby. Są i tacy którzy uzbrojeni są w kałasznikowy albo granaty. Ci najzacniejsi jeżdżą na koniach. Ich kobiety mają swoistą urodę. Często ich twarze są wytatuowane w przeróżne znaki. Aż trudno uwierzyć że tacy ludzie się jeszcze uchowali…

Po wizycie w Bodadoli wróciliśmy do Yewere. Tutaj również honorowano nas ugoszczono. Zasmakowaliśmy świeżej ryby a nazajutrz cielęciny… Była też okazja by degustować w termitach bądź podziwiać upolowanego węża boę… Póki co polowania jeszcze na dobrą sprawę nie ruszyły. Ale już niebawem, jak tylko chłodne poranki przejdą do historii, a zwierzyna powychodzi z nor i kryjówek na targu pojawią się przeróżne jadalne stworki. Podobnie ma się rzecz z rybami. Nadchodzą dobre tygodnie.

Przede mną kolejne wyzwania. Już w poniedziałek rozpoczynamy formację katechistów w Boali, którą powtórzymy w przyszłym miesiącu w sektorze leśnym. W między czasie wybiorę się znów do wiosek. Program mam praktycznie ustalony do czerwca. Będą śluby, bierzmowanie, chrzty… a później pozostanie spakować manatki i ruszyć do Europy, na urlop. Istotnie, wjechaliśmy na autostradę… : )

Błogosławieństwa +

--
Symeon   OFM