Bracia zaś, którzy udają [się do niewiernych niech] nie wdają się w kłótnie ani spory, lecz winni być poddanymi "wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu ze względu na Boga" (1 P 2, 13) i przyznawać się do wiary chrześcijańskiej.

4.04.2022, Boali, RCA
4.04.2022, Boali, RCA
Data: 2022-04-09

Witajcie!

Gdy nie wiadomo jak zacząć, zawsze dobrze jest zagaić kilka słów o pogodzie. Otóż pora sucha zbliża się do końca. Po zimnych styczniowych porankach i upalnych dniach, noce zaczęły być cieplejsze (25*C) i ostatnie tygodnie były naprawdę męczące. W ciągu dnia smażyliśmy się w strumieniach rozpalonego słońca a nocami zraszaliśmy nasze pościele potem. Tutaj w Boali sytuacja była jeszcze do zniesienia – będąc na wzniesieniu jesteśmy beneficjentami lekkich powiewów i sprzyjającego orzeźwienia, ale życie w Bangui, w stolicy, w tych dniach było męczarnią. Przytrafiało mi się to tylko momentami, gdy pod koniec miesięcy wyjeżdżałem do stolicy na spotkania z aspirantami na 3-4 dni. Jednak przed jakimiś trzema tygodniami spadły pierwsze deszcze, które nawiedzają nas z jeszcze niezbyt wielką regularnością. Odczuwamy jednak zbliżającą się porę deszczową, która na dobre powinna do nas zawitać po Wielkanocy.

Na fakt zbliżających się Świąt uwrażliwia nas także Słowo Boże. W ostatnim czasie mocno pracują we mnie Słowa Jezusa, który wyznaje: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam”, oraz „Syn nie może niczego czynić sam z siebie, jeśli nie widzi Ojca czyniącego. Albowiem to samo co On czyni, podobnie i Syn czyni”. Życie Jezusa wzoruje się na kontemplacji Ojca. Ciągłe wpatrywanie się w Ojca jest dla Niego inspiracją, wskazuje mu właściwe rozwiązania, podsuwa adekwatne myśli i słowa. Fascynująca jest ta zależność od Tego który Go posłał. Moja intuicja popycha mnie do rozważań nad rozeznawaniem Jezusa, nad tym jak On sam odkrywa zamysł Boga w Jego życiu. Jak stara się nastawić ucha, wytężyć wzrok, by dostrzec Boże znaki i wskazówki. Wiemy, że Jezus jako człowiek dojrzewa do świadomości bycia Synem Boga. Odkrywa w sobie Tego, który z Ojca jest zrodzony. Uczy się siebie. Do kulminacyjnego punktu w momencie chrztu w Jordanie, Jezus coraz jaśniej widzi iż nie jest tylko człowiekiem ale jest i Bogiem. Już w wieku 12 lat daje tego przebłyski. Natomiast przy chrzcie otrzymuje jasne potwierdzenie od Ojca co do tego co przeczuwał od dawna „Jestem Umiłowanym Synem Ojca”. Jako człowiek wciąż się jednak zmaga z dylematami, z niepewnością, z tym co w Nim tak bardzo ludzkie a tym co Boskie.

Ten cały tok rozumowania prowadzi mnie do pewnych pytań. Nabieram coraz większego przekonania i świadomości, że Jezus ciągle rozeznaje wolę Bożą w swoim życiu. Wciąż jest mu ona objawiana. Myślę, że nie jest tak, że dokładnie wie co się będzie działo i którędy będzie przechodził. Mógłby to wiedzieć, ale z tego zrezygnował („Nie skorzystał ze sposobności aby na równi być z Bogiem…”). Pozwolił sobie na „niepewność jutra”, na przygodę odkrywania. I odkrywa swoją drogę nie tylko na modlitwie. To wpatrywanie się w Ojca uwrażliwia go na głos Ojca, który przemawia do Niego przez ludzi. Mam wrażenie, że momentami Jezus pozwala się skorygować przez ludzi. Nie wiem czy tak to można interpretować, ale tak mi się to przedstawia. Trochę rozjaśnia nam to piękna historia Naamana, wodza syryjskiego. Jego postępowanie wydobywa na światło podobny schemat. Zachęcam by przeczytać tę historię – Druga Księga Królewska 5,1-15. Naaman cierpi na trąd. Nagle postanawia jednak wyruszyć do odległego kraju, do Izraela, by spróbować szansy jaka się jawi, a mianowicie uprosić uzdrowienie u proroka Elizeusza. Zwróćcie uwagę, jaką rolę odgrywają słudzy Naamana. Wpierw to niewolnica sugeruje, by udał się do Samarii, gdzie znajduje się prorok. Następnie gdy Elizeusz zaprasza Naamana, by obmył się w wodach Jordanu i gdy ten oburza się i pogardza wskazówkami, jego słudzy zachęcają go, by przynajmniej spróbował, przecież nic go to nie kosztuje… Naaman usłuchał wpierw niewolnicy, później swoich sług i został uzdrowiony. Skłania się ku temu co sugerują ci który w jego mniemaniu nie zasługują na uwagę…

Jezus także pozwala się w ten sposób pouczyć… wpierw w Kanie, przez swoją Matkę: „Nie mają już wina…”. Jezus odpowiada, że nie nadeszła jeszcze Jego godzina, po czym skłania się ku prośbie. Owszem, teologicznych tłumaczeń jest wiele. Mnie jednak fascynuje ta uległość Jezusa. Podobnie ma się rzecz w siódmym rozdziale Ewangelii wg św. Jana. Uczniowie wybierają się na święto namiotów do Jerozolimy. Jezus nie chce iść. Obawia się Żydów, którzy chcą go zgładzić. Uczniowie zaczynają go nakłaniać, przekonywać : „pokaż się światu!”. Jezus kwituje w ten sam sposób jak w Kanie: „Mój czas jeszcze nie nadszedł”… . „To im powiedział i pozostał w Galilei”. A w następnym wersecie dzieją się rzeczy, które przeczą poprzednim: „Kiedy zaś bracia Jego udali się na święto, wówczas poszedł i On, jednakże nie jawnie lecz skrycie”. A kilka wersetów dalej: „Tymczasem w połowie świąt przybył Jezus do świątyni i nauczał”. Kolejny raz Jezus daje się przekonać ludziom. A może raczej Ojcu który przez ludzi do Niego przemawia?

Jest dla mnie oczywiste, że uczniowie Jezusa czerpią inspiracje ze spotkania ze Słowem Bożym, z nauczania Kościoła, z modlitwy. Bóg nas poucza, wskazuje ścieżki, nastraja słuch. Jest jednak pewna nowość, której się uczę: Bóg przemawia przez wydarzenia, przez sytuacje, przez ludzi (ich gesty, postawy, zachowania; i nie tylko przez słowa). Jezus uczy mnie takiego spoglądania na otaczający mnie świat, by dostrzegać boże wskazówki. Zachęca mnie do uległości wobec tych ziemskich zbiegów okoliczności. Jest to wymagająca sztuka. Bo łatwiej jest przyswoić sobie Boże Słowo na klęczkach, w ciszy i spokoju medytując. Trudniej jest przyjąć Boże przesłanie w tym co się dzieje teraz, gdy jest chaos, mnogość uwarunkowań i presja czasu. Próbuję odczytywać te przeróżne sytuacje i im się poddawać. Jest to jakby dalsza część adoracji Ciała Chrystusa, Jego Kościoła, Ludu Bożego. Odkrywanie jego „zmysłu wiary”, gdy niejako bezwiednie poddaje się inspiracjom Ducha Bożego, gdy rusza drogą Boga, zanim wskaże mu ją pasterz. Jest to trud odkrywania jego potrzeb, a razem wykorzystywania momentów, gdy pojawiają się przebłyski zaangażowania – tzw. kucie żelaza póki gorące. Bardzo mnie to kosztuje, bo burzy mój porządek, moje grafiki i wytyczone szlaki. Ale zdecydowanie jest w tym coś z powiewu Ducha Świętego, który wprowadza na nową ścieżkę i daje niezwykłą satysfakcję u kresu dnia.

W tym kontekście  chciałbym Wam nadmienić kilka słów o wydarzeniach mających miejsce w Boali.

Każdego roku w czasie Adwentu i Wielkiego Postu organizujemy jeden dzień rekolekcji. Wcześniej odbywały się także nocne czuwania. Frekwencja nie była najgorsza. W tym roku także takowy dzień się odbył, w zeszłą sobotę (2.04). Zauważam jednak że na przestrzeni trzech lat dokonało się pewne przebudzenie naszych grup parafialnych. Wcześniej dzień parafialnych rekolekcji był jedyną taką inicjatywą w czasie tych intensywnych okresów życia Kościoła. Teraz jednak co niektóre grupy same organizują się i wyjeżdżają np. na weekend do którejś z naszych kaplic na rekolekcje wielkopostne. Ustalają z nami daty, proszą o konferencje i sakramenty i realizują zamierzone plany. Jest to wielce budujące. Myślę że z czasem rekolekcje parafialne ustąpią miejsca tym inicjatywom, które nota bene w innych parafiach są na porządku dziennym.

Z Wielkanocą powraca do nas duszpasterska pięta achillesowa Środkowej Afryki, a mianowicie kościelne przykazanie, które zobowiązuje katolików do przyjęcia w tym czasie Komunii Świętej. Gdy rozpoczynałem duszpasterską posługę zderzyłem się ze świadomością chrześcijan, że na Wielkanoc wszyscy muszą (a bardziej wpisane w kontekst wydaje się słowo „mogą”) przystąpić do Komunii Świętej. I tak rozwodnicy, żyjący w konkubinacie, poligamii (nie mam pewności jak to odmienić ;) ) i wszyscy którzy na co dzień Komunii przyjąć nie mogą, na Wielkanoc otrzymują „prezent od Kościoła” i raz w roku przyjmują Ciało Pańskie, by sprostać wymaganiom przykazania kościelnego. Ręce opadają.

Kilka dni temu mieliśmy spotkanie dekanatu. W ramach dzielenia się duszpasterskimi dylematami pojawił się temat komunii świętej na Wielkanoc. Na szczęście byli wśród nas nie tylko księża Środkowoafrykańczycy. Było dwóch kapłanów z Beninu i jeden Kongijczyk. Miejscowi bracia twardo stoją na stanowisku, że na Wielkanoc wszyscy przyjmują Komunię. Łatwo jednak można było skonstatować, że jest to wizja Środkowoafrykańczyków, bo pozostali księża sprzeciwili się tej logice. Podobne myślenie występuje w przypadku kandydatów do bierzmowania. W mniemaniu miejscowych, jeśli kandydat żyje w konkubinacie, to powinien się wyspowiadać w wigilię uroczystości, przyjąć sakrament bierzmowania, przystąpić do Komunii, a później… wrócić do swego grzesznego życia. Taki gratis na Bierzmowanie… Trudno to w sobie przetrawić. Nie w tym sensie żeby się ku temu skłonić (bo to nie wchodzi w grę), ale żeby żyć i posługiwać z ludźmi, którzy takie zasady wyznają.

Wspomniawszy o bierzmowaniu, rozwinę nieco ten wątek. Zaraz po Wielkanocy będziemy mieli uroczystość bierzmowania w trzech różnych miejscach naszej parafii. Tutaj też nastąpiły pewne zmiany. Wskutek planowanej podróży Kardynała, musieliśmy uprzedzić nasze uroczystości. Zburzyło nam to program pięciodniowych rekolekcji, które miały trwać od poniedziałku wielkanocnego do piątku. Jako że nie możemy zacząć rekolekcji w Triduum Paschalnym, toteż zostały one zredukowane do dwóch/trzech dni (w zależności od miejsc gdzie będzie celebrowany sakrament). W ostatnich dniach udało mi się spotkać ze wszystkimi kandydatami w trzech sektorach i ustalić ostateczną listę. Była to też okazja by się nieco rozeznać w ich nabytej podczas katechezy wiedzy. Tutaj niestety wciąż rozpościera się spora przestrzeń dla mojej frustracji i zniechęcenia. Ich niewiedza jest zastraszająca. I choć katecheza może być prowadzona w miarę solidnie, a kandydaci są obecni na 70-80% spotkań, to jednak wynoszą z tego bardzo mało. Większość po prostu nie wyrobiła w sobie zdolności do nabywania wiedzy. Do szkoły nigdy nie uczęszczali albo zrobili jedynie 3-4 klasy. Z tego powodu mimo ich wielkich chęci, nie są w stanie przyswoić sobie treści. I to też jest jedna z tych rzeczywistości gdzie Duch Boży wyznacza całkiem nowe ścieżki. Wyznacznikiem zatem pozostaje ich wierna obecność na katechezie i regularność spowiedzi. Ale tutaj znów pozostaję bezradny… Nasi chrześcijanie nie mają zwyczaju się spowiadać. Nie wiem jeszcze dokładnie gdzie jest korzeń tej sytuacji. Jest to jakieś schorzenie chroniczne. W takich sytuacjach stoję nad przepaścią ufając, że moc Ducha Świętego przeniesie nas na drugi brzeg, gdzie po uroczystościach bierzmowańcy z gorliwością zaangażują się w życie Kościoła…

W rytmie „Jezusowej uległości na zastaną rzeczywistość”, posuwają się także sprawy budowy nowych kaplic. Tam gdzie sprawy ruszyły i wydawało się, że niebawem skończymy, nagle wszystko wzięło w łeb i jak uparty osioł nie chce iść do przodu. Trzeba znów trochę czasu by coś drgnęło. W innych miejscach gdzie już sobie odpuściłem, nagle wodze popuściły i prace ruszyły jak świnie z urwiska. Nie pozostawało mi nic innego jak się dostosować i przeorganizować moje plany. Z dnia na dzień organizujemy cement i ruszamy do kaplicy, go nagle „żelazo się rozpaliło” i trzeba kuć. Tak więc idziemy takimi zrywami. Trudno wobec tego cokolwiek przewidzieć. Jesteśmy w trakcie budowania dziewięciu kaplic, ale która będzie pierwsza a która ostatnia, nikt nie wie.

W Bodadoli, gdzie rozpostarły się piękne perspektywy dla tej jakże kruchej i małej wspólnoty chrześcijan, z dnia na dzień znów wszystko runęło. Szef wioski który chciał przyjąć chrzest i stać się katechistą zniknął. Gdy przyjechałem do wioski on z rana ruszył na polowanie. A z relacji wiernych wynikało, że w dniu gdy zgłosił się jako kandydat, trochę sobie popił. Nabrał odwagi, zgłosił się, zyskał uznanie wiernych i moje własne, ale gdy procenty wyparowały, wrócił do szeregu… Natomiast chrześcijanka która potrafiła czytać i prowadziła niedzielną modlitwę, wyjechała z wioski z racji na chorobę swojej mamy. Nie ma jej od dwóch miesięcy.

Inną pobudką do zmiany planów były chwile grozy które rozegrały się w naszej wiosce, w Lambi oraz w Boali podczas gdy przebywałem w Bangui. W niedzielę 27 marca, ok godziny 18:00 do Lambi przyszło czterech uzbrojonych pasterzy Bororo. Wtargnęli na targ, gdzie o tej porze gromadziło się wielu ludzi, zwłaszcza młodzieży i dzieci, i rzuciło cztery granaty. Po czym oddali salwę strzałów z kałasznikowa. Zamordowano 5 osób, w tym 4 dzieci (15lat, 12 lat, 10lat i 4lata). Jest wielu rannych. Jedna z dziewczyn ma poparzone całe ciało wskutek wybuchu granatu i znajduje się w stanie ciężkim w Bangui. Inni zostali ranieni kulami. Mają pogruchotane piszczele, uda, kolana. Dożywotnia niepełnosprawność. Wśród zamordowanych znalazł się jeden kupiec, który został zastrzelony w swoim sklepiku. Ponoć było on głównym celem ataku, ale trudno ustalić coś na pewno. Historie tworzą się automatycznie a wyobraźni nie brakuje. Następnego dnia doszło do reperkusji. Ponoć jeden z zamachowców stracił swój dowód tożsamości uciekając. Skojarzono człowieka z innym Bororo mieszkającym w Boali. Przyszedł więc czas na zemstę. Próbowano zabić owego członka rodziny ale żandarmeria rozpierzchła tłum używając broni palnej. Kule dosięgły niewinnych. Ludność jednak żądna krwi dorwała innego Bororo, całkiem niewinnego, który był w Boali przejazdem. Ukamienowano człowieka. Poćwiartowano go maczetami i ciało pozostawało niepogrzebane przez całą noc. Dopiero nazajutrz Czerwony Krzyż, pochował ciało w grobie. Także w Lambi, w ten sam poniedziałek zamordowano czerech przygodnych Bororo których natrafiono w lesie.

Wróciwszy z Bangui we wtorek udało mi się tak poprzestawiać obowiązki bym w niedzielę mógł udać się do Lambi na niedzielną Eucharystię. Wioska wciąż pozostawała opustoszała. Tylko niektórzy wrócili do domów. Pozostali osiedlili się w innych miejscowościach bojąc się wrócić do siebie. Ci którzy pozostali, od tygodnia nie wychodzą na pole. Głodują. Myślę jednak z w tych dniach powinni już jednak zdobyć się na odwagę i wrócić do siebie, podjąć codzienne obowiązki. Bororo zniknęli z okolicy. Żandarmeria i wojsko prowadzą śledztwo, robią patrole. W Boali już nazajutrz sytuacja wróciła do normy. Niby dobrze ale z drugiej strony rodzi się wniosek: po zmasakrowaniu owego niewinnego Bororo przeszliśmy do porządku dziennego jakby po zarżnięciu krowy… Wojna, rebelie i bratobójcze walki bardzo mocno znieczuliły serca Środkowoafrykańczyków. Innym efektem takiej historii jest w moim mniemaniu nieustanna złość i gniew, które wybuchają przy najmniejszych okazjach. Ludzie krzyczą, obrzucają się przekleństwami i wdają się w bójki przy najdrobniejszych problemach.

Tymczasem, my, Bracia Mniejsi w RCA przygotowujemy się do kapituły. Odbędzie się ona pod koniec kwietnia. Wtedy to zlądują w Bangui Hieronim i Barnaba. Spotkamy się prawie w komplecie. Pośród głównych tematów będą wybory nowego prezesa Fundacji oraz – co wydaję się jeszcze bardziej newralgiczne – nowego ekonoma. Być może będzie to przedłużenie kadencji Hieronima i Kordiana, ale niewykluczone, że nastąpią zmiany. Roszady dotkną także składów naszych domów. Jako że od nowego roku duszpasterskiego mamy przejąć posługę w parafii w św. Trójcy w Boyali, toteż trzeba ustanowić nową wspólnotę. Na wakacje będziemy zatem wyjeżdżać z nowymi perspektywami.

Polecam zatem Waszej modlitwie nas samych. Obyśmy jak Jezus potrafili skłaniać się ku temu co proponuje nam Bóg Ojciec nieraz przez usta i gesty tych, którzy w naszym mniemaniu nie zasługują na uwagę…

Błogosławieństwa +

Symeon   OFM