Reguła i życie braci mniejszych polega na zachowywaniu świętej Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa przez życie w posłuszeństwie, bez własności i w czystości.

In gravi periculo est nostra provincia
In gravi periculo est nostra provincia
Data: 2020-03-26

o. Ezdrasz Biesok

Na półkach archiwum generalnego w Rzymie, pod rokiem 1937, nie może umknąć uwagi obszerny fascykuł zawierający dokumenty, głośnych przed wojną a dziś prawie zupełnie nieznanych „wydarzeń chorzowskich”. Otwiera go memoriał do Ojca Generała, pisany łatwą ale piękną łaciną, zaczynający się od słów – In gravi periculo est nostra provincia... – W wielkim niebezpieczeństwie jest nasza prowincja... Autorem memoriału jest ówczesny proboszcz z Chorzowa o. Wojciech Kaczmarczyk.  Jest też znamienna odpowiedź prowincjała, o. Michała Porady - Utique in gravi periculo... – Zaiste w wielkim niebezpieczeństwie...  Diagnoza tego niebezpieczeństwa w obu pismach była wszelako rozbieżna. Oto kim był o. Wojciech.

Karol Kaczmarczyk urodził się 7 stycznia 1904 r.w Siemianowicach Śląskich, w rodzinie Franciszka i Filipiny Marek. Miał siedmioro rodzeństwa. Ojciec był wybitnym działaczem na rzecz polskości Śląska, założycielem organizacji „Sokół” w Kochłowicach a w czasie plebiscytu, zastępcą prezesa Komitetu Plebiscytowego w Raciborzu.

Jako osiemnastolatek, Karol rozpoczął nowicjat 29.11.1922 r.w Wieluniu pod imieniem br. Wojciech.  Był to pierwszy kurs nowicjatu w odrodzonej prowincji, wówczas jeszcze komisariatu. Obłóczyn dokonał o. Wilhelm Rogosz. Za rok 1.12.1923 r.złożył pierwszą profesję na ręce o. Alfonsa Rogosza, wikarego klasztoru. Filozofię studiował w Miejskiej Górce w latach 1923-25. Następnie został wysłany na studia teologiczne do prowincji św. Elżbiety w Turyngii (1925-29). Zamieszkał w klasztorze „Montis Mariani Prope Fuldam” na Frauenbergu. Tam, 17.12.1926 r.złożył profesję wieczystą na ręce o. Serafina Biehla oraz przyjął święcenia prezbiteratu 14.01.1928 r.z rąk ordynariusza Rottenburga Jana Baptysty Sprolla, za zgodą miejscowego biskupa Fuldy. Prymicje odprawił w Panewnikach gdyż w tym samym czasie w jego rodzinnej parafii przygotowywano... prymicje jego rodzonego brata, karmelity.

Jego pierwszym obowiązkiem było bycie prefektem czyli wychowawcą kolegium w Rybniku  w latach 1928-31 i w Kobylinie (1931-34). W latach 1934-37 był proboszczem w Chorzowie-Klimzowcu i budowniczym pierwszego drewnianego kościoła. Pobyt ten zakończył się burzliwym wydarzeniem, które odbiło się szerokim echem. Z tego też czasu pochodzą wspomniane archiwalia. Przyczyna wydarzeń była złożona. Zbliżająca się wojna i narastające napięcie w stosunkach polsko-niemieckich nie mogły być obojętne dla życia prowincji, która była wspólnotą pogranicza. Ojciec Wojciech jako syn powstańca śląskiego był też szczególnie wrażliwy na kwestie narodowościowe.

Otóż, z okazji święta kościelnego i narodowego 15 sierpnia 1937 r.w parafii na Klimzowcu odbyła się uroczysta akademia. W przemówieniu proboszcz, wobec osób świeckich, nieroztropnie poruszył kwestię nieporozumień narodowościowych, widocznych w prowincji a zarząd prowincji oskarżył o germanofilstwo. Kwestię podchwyciły organizacje patriotyczne, i zaczęto wytaczać różne oskarżenia, że np. ktoś nazwał powstańców śląskich „posrańcami polskimi”, że nie warto tu nic robić bo Niemcy i tak wrócą albo, że uzbrojenie polskiej armii to same pudła itp... Ruszyła lawina. Sprawę szeroko komentowała prasa, doszło do kurii diecezjalnej, oparło się o prymasa Augusta Hlonda i w końcu dotarło do generała Zakonu o. Leonardo Bello.

Zbiegiem okoliczności, niebawem Generał miał być w Polsce z pewnej okazji. Odwiedził też Panewniki i tutaj osobiście sprawę załagodził. Najpierw rozmawiał z o. Wojciechem a 14 września przewodniczył nadzwyczajnej sesji definitorium prowincji, poświęconej tej sprawie. Ostatecznie, o. Wojciech przeprosił za swoje przemówienie, przyznał się do nieroztropności i z oporami, co prawda, ale podjął nakazaną pokutę. Pokuta, którą nałożył sam Generał, polegała na przeprowadzce do Chocza, dwutygodniowych rekolekcjach w całkowitym milczeniu, z obowiązkiem codziennej czterokrotnej medytacji, po 30 minut każda, której konspekty należało dać do wglądu prowincjałowi. Posiłki miał spożywać w refektarzu ale przy osobnym stole. Ponadto obowiązywał go zakaz pisania litów, odwiedzin i telefonów oraz jakichkolwiek rozmów.  Sprawa chorzowska się zakończyła ale okazała się zapalnikiem dla innej kwestii – wizytacji nadzwyczajnej. To jednak już inny rozdział historii.

Takim sposobem o. Wojciech  został katechetą w Choczu. W 1939 r.został przeniesiony do Miejskiej Górki. Teraz było już rzeczą oczywistą, że z uwagi na swoje poglądy, zostanie najpewniej aresztowany. Tak też się stało. Najpierw 15.02.1949 r.został internowany wraz z pozostałymi braćmi w samym klasztorze a następnie 15.08. 1940 r.przewieziony do fortu VII w Poznaniu by już następnego dnia zostać skierowany do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Przebywał tam do 7.12.1940 r.pod numerem obozowym 3879 w bloku 50. Pracował tam w kamieniołomie. Od 8.12.1940 r.przebywał w Dachau pod numerem obozowym 21924 w bloku 30. Tu pracował przy transporcie na plantacjach ziół leczniczych w Pfeffermühle. Cały okres obozowy wspominał później jako czas pracy ponad ludzkie siły i nieustanny głód. Poważnie zapadł na zdrowiu. Wielokrotnie wykonywano na nim doświadczenia medyczne, kazano zażywać nieznane tabletki i brać podejrzane zastrzyki. Pobierano mu krew ponad wytrzymałość organizmu. Już tam, ocierając się o śmierć, okresowo był kierowany do szpitala obozowego w bloku 3.

Kiedy 29.04.1945 r.obóz w Dachau został wyzwolony przez Amerykanów, o. Wojciech ważył 47 kilogramów i miał niegojącą się od 20 miesięcy,  ropiejącą ranę. Wyszedł z upośledzeniem wydolności oddechowej, której nie wyleczył już nigdy. W książeczce inwalidy wojennego z późniejszych lat czytamy: zespół poobozowy z miażdżycą i psychodegeneracją, przewlekła niewydolność krążenia, choroba zwyrodnienia kręgosłupa i stawów.

 


 


O. Wojciech bez zwłoki postanowił wrócić do prowincji. Jechał najpierw amerykańską ciężarówką do Pilzna a następnie pociągami przez Pragę i Bogumin do Katowic. W Panewnikach pojawił się 23.06.1945 r.Początkowo lekarze nie dawali mu większych szans na przeżycie. Jego kuracji podjął się jednak niejaki doktor Kowalski z Katowic i dzięki temu, w szybkim czasie podreperował zdrowie i odzyskał siły.

Wkrótce, w ramach pomocy prowincji św Jadwigi, zaproponowano mu funkcję gwardiana klasztoru i proboszcza parafii NSPJ w Gliwicach. Obowiązki podjął 1.10.1945 i pełnił je do 1948 r.Ponieważ były to tzw. ziemie odzyskane, na których rozpoczynała się wielka migracja ludności, od razu objął opieką zarówno autochtonów jak i repatriantów. Podjął się także duszpasterzowania jeńców niemieckich. Wiele wysiłku włożył w pracę charytatywną i organizacyjną gdyż struktury państwowe i kościelne dopiero było trzeba tam organizować od nowa. O. Wojciech wykazał tu niemały talent i zręczność.

Następną placówka było Wejherowo gdzie był gwardianem w latach 1948-50. Następnie znowu przypadło mu udać się na ziemie odzyskane, tym razem do Wschowy  gdzie był prezesem (1950-56). Także tutaj specyfika miejsca wymagała zaangażowania społecznego. Pracę utrudniał fakt, że był to okres wysiedlenia prawowitych władz kościelnych i także w Gorzowie jurysdykcję kościelną sprawowali tzw. wikariusze kapitulni, dla klasztoru we Wschowie szczególnie nieprzychylni. Trwały tu nieustanne konflikty z proboszczem o godziny mszy św., o procesje Bożego Ciała, o dochody z opłatków itp... Kuria ponawiała żądania o jego przeniesienie ale prowincjał o. Tytus, mający mocne umocowanie w dekrecie prymasa, konsekwentnie stawał po jego stronie. Ostatecznie władze państwowe dostrzegły jego wielkie zaangażowanie społeczne  w krzewienie polskości na ziemiach odzyskanych i 22 lipca 1954 r.uchwałą rady Państwa otrzymał Złoty Krzyż Zasługi.

W latach 1956-59 był jeszcze kolejno prezesem w Jarocinie, a w latach 1959-61 katechetą w Bytomiu i znowu w Wejherowie jako wikary domu (1961-62) w latach 1962-65 prezesem w Wieluniu a w latach 1965-68 w Bytomiu. Od 1968 r.ostatecznie osiadł w Opolu. Długo walczył w PCK o uznanie jego inwalidztwa jako skutek eksperymentów medycznych w obozie ale bezskutecznie. Był członkiem ZBoWiD.
 
Zmarł 17 listopada 1983 r.w szpitalu miejskim  w Opolu. Miesiąc wcześniej poszedł na cmentarz zobaczyć miejsce w którym spodziewał się być pochowany i pozostał tam w dłuższej zadumie. Został zapamiętany jako człowiek pogodny i życzliwy, bardzo lubiany przez braci. Jego pogrzeb zgromadził ich niezwykle licznie. Także wierni z Opola, dla których był przez lata cenionym spowiednikiem, tłumnie uczestniczyli w pogrzebie. Kaznodzieja pogrzebowy przyrównał jego życie do przypowieści o skarbie ukrytym w roli i o drogocennej perle (Mt 13, 44-46). O. Wojciech żył 79 lat, w zakonie 61, w kapłaństwie 55.