I gdziekolwiek bracia przebywają lub spotkaliby się, niech odnoszą się do siebie jak członkowie rodziny.

Świadek wybuchu wojny
Świadek wybuchu wojny
Data: 2020-03-26

o. Ezdrasz Biesok

W pamięci tych, którzy nowicjat odbywali w Osiecznej, pozostaje postać sędziwego zakonnika, zawsze albo zajętego jakąś pracą albo modlącego się w kościele. Był nim brat Bazyli Dworczak, zakonnik starej daty.

Stanisław Dworczak urodził się 7.11.1901 r.w Przysiece koło Starego Bojanowa w rodzinie Walentego i Franciszki Sadowicz. Wstąpił do zakonu jako tercjarz 10.09.1921 r.Nowicjat pierwszego zakonu rozpoczął 6.04. 1925 r.w Wieluniu. Przyjął imię brat Bazyli. Profesję czasową złożył 15.04.1926 r.na ręce o. Euzebiusza Huchrackiego.  Śluby wieczyste złożył 16.04.1929 r.w Panewnikach na ręce o. Wilhelma Rogosza.

Brat Bazyli był z zawodu ogrodnikiem i tę funkcję wypełniał przed wojną. Wybuch wojny zastał go w Wieluniu. Po latach spisał dokładne wspomnienia z tych wydarzeń, które zachowały się do dzisiaj. Dzięki nim dowiadujemy się o tym jak wyglądało bombardowanie Wielunia i jaka była reakcja ludzi. Wiemy też dokładnie jak przebiegała ewakuacja klasztoru. Kiedy bombardowania nie ustawały i zdecydowano, że trzeba uciekać z miasta, Gwardian kazał mu szybo spożyć Najświętszy Sakrament ale, że było go akurat za dużo a czas naglił,  zabrał go ze sobą. Wielki żal zrobiło mu się widząc dziesięciu nowicjuszy, obłóczonych zaledwie przed tygodniem, którzy na powrót ubierali świeckie ubrania i musieli uciekać.  Sami zaś zakonnicy wozem drabiniastym zaczęli nocami przedzierać się na wschód. Widząc wieczorem płonący Wieluń miał wrażenie, że tak wyglądała Sodoma i Gomora.

Ucieczka jednak na niewiele się zdała. Gdy bracia dojechali tym drabiniastym wozem do Brześcia nad Bugiem, spostrzegli, że tam są już zarówno Niemcy jak i Rosjanie i świętują w wielkiej komitywie. Teraz już pojedynczo, na piechotę zaczęli wracać do Wielunia. Gdy wrócił br. Bazyli, zobaczył, że klasztor był już zajęty przez Abteilung SS. Zwrócono jednak braciom klucze do kościoła i pozwolono odprawiać nabożeństwa. Sami zamieszkali u pewnej kobiety przy ulicy Sieradzkiej a potem w ochronce koło klasztoru. Dzięki gwardianowi, o. Augustynowi, który umiejętnie pertraktował z Niemcami, nikogo z braci nie wywieziono do obozu.

Gdy w listopadzie 1939 r.zaczęto się jednak interesować każdym z osobna, zapytano i brata Bazylego, kim jest? On odpowiedział po niemiecku, że jest takim klasztornym Hausdinerem czyli służącym. Wobec powyższego nie został aresztowany ale kazano mu zgłosić się do Arbeitsamtu. Tam skierowano go jako ogrodnika do Duderstadt koło Getyngi w Dolnej Saksonii. Okazało się, że było to duże ogrodnictwo szpitala sióstr Wincentek. Tam też spokojnie przeżył wojnę i pracował do listopada 1945 r.Po wojnie nawet proszono aby pozostał tam na stałe gdyż dał się poznać jako człowiek uczciwy, pracowity, pobożny i dobrze znający niemiecki. Ale brat Bazyli bardzo pragnął wrócić do prowincji.

Jakiś czas „zahaczył” się u franciszkanów w Recklingen koło Hanoweru a następnie w klasztorze w Kilonii gdzie był kucharzem dziesięć miesięcy. W końcu jednak, w lipcu 1947 r.transportem repatriacyjnym z Lubeki przybył do Szczecina i pociągiem udał się do Panewnik. Przez cały czas wojny konsekwentnie zeznawał, że jest Polakiem, dlatego musiał nosić naszywkę z literą „P”. Naszywkę tę zachował na pamiątkę i do dziś znajduje się ona w jego teczce personalnej w Panewnikach.

Teraz skierowano go do Chorzowa gdzie pozostał jako kucharz przez dziewięć lat. Następnie był we Wschowie cztery miesiące kościelnym. Wtedy trafił do Osiecznej, kolejno jako kucharz, ogrodnik i kościelny. Tam pozostał do końca życia. Brat Bazyli zmarł 26.05.1985 r.w szpitalu przy ulicy Warszawskiej w Katowicach gdzie był poddany operacji na prostatę.

Odznaczał się wielkim nabożeństwem do Matki Bożej Osieckiej. Jako kościelny z wielkim szacunkiem wykonywał posługę przy ołtarzu troszcząc się o cześć do Najświętszego Sakramentu. Jako jeden z ostatnich zakonników  w prowincji zachował sztukę wyrabiania różańców z łez Joba. Łzy Joba czyli proso jerozolimskie albo łzawnica ogrodowa (Coix lacryma jobi) jest rośliną trudną w uprawie w polskim klimacie. On jednak sam hodował je w warunkach cieplarnianych a później cierpliwie produkował z jej pestek różańce. Chętnie też uczył braci tej sztuki. Wielu braci do dzisiaj posiada te różańce. Także piszący te słowa. Był też jednym z ostatnich zakonników, którzy chyba nigdy do pracy nie zdejmowali habitu i trudno ich było zobaczyć w świeckim ubraniu. Z trudem akceptował jakiekolwiek nowinki.

Został pochowany w Osiecznej. Żył 83 lata, w zakonie 63.